środa, 22 maja 2013

Rozdział VII

- Kochanie, obudź się.
- Cooo? No nie, znowu?
Louis powstrzymał atak śmiechu. Przysiadł na kanapie i złapał mnie za rękę.
- Mój śpioch.
- Mój budzik.
- Do czegoś jestem potrzebny. - palcem malował mi wzory na ramieniu - Zabieram cię dzisiaj na piknik.
- Na co? - usiadłam z wrażenia.
Pikniki zawsze kojarzyły mi się z szczęśliwymi rodzinami, psami i innymu takimi. W tej wizji pikniku dla Louisa nie było miejsca. On tam po prostu nie pasuje.
- Piknik. Ten doroczny, z okazji dnia honorowego krwiodawstwa.
Zapomniałam na śmierć o nim.
- Ile mam czasu?
- Dwie godziny.
- To ja lecę na górę. - cmoknęłam chłopaka i pobiegłam do mojej sypialni. Otworzyłam szafę. Wzięłam wczoraj kupioną sukienkę. Musiałam się kogoś poradzić, więc poszłam z Megan na długie zakupy. To, że mnie opieprzyła, to nic. Gorszy był fakt, że ja chyba byłam zakochana.
W najgorszym facecie, jakiego poznałam w życiu, który był mordercą mojego ojca. Policja, gdy zobaczyła, z kim ma do czynienia, od razu wypuściła go na wolność. Funkcjonariusze bali się o swoje życia i rodziny.
Złapałam letnią sukienkę i przyłożyłam ją do ciała. Będzie wyglądała idealnie.
- Ładnie ci. Ale tobie ładnie we wszystkim.
Odwróciłam się, wystraszona niespodziewanym pojawieniem się tego głosu.
- Wyjdź mi stąd! - roześmiałam się i zaczęłam przeganiać Louisa poduszką. Rzuciłam sukienkę na łóżko i podbiegłam do chłopaka, który uciekł z udawanym krzykiem. Wyszłam na korytarz i spojrzałam się na jego koniec. Lou odwrócił się i pomachał do mnie, a potem uderzając bosymi stopami, wszedł na schody, które były po jego prawej stronie. Pokręciłam głową i poszłam się przebrać.
Po piętnastu minutach stałam na dole schodów, pomna zakazu wchodzenia na górę.
- Louis! - odpowiedziała mi cisza. - Lou, bo cierpliwość stracę!
- Już lecę! - zobaczyłam, jak chłopak schodził po schodach, a w ręku trzymał czerwoną koszulkę. Przez chwilę podziwiałam jego klatkę, dopóki on nie pomachał mi ręką przed nosem. - Ziemia do Helen! - potrząsnęłam głową, a on pocałował mnie w nos.
- Mamy jeszcze półtorej godziny, co możemy zrobić?
- Ja to bym sobie poleżała na huśtawce. - przeciągnęłam się.
- To chodź, mój kociaku. - złapał mnie w wyciągniętej talii i zaniósł do ogrodu.
***
Siedziałam na kocu i delektowałam się późno czerwcowym słońcem. Niewiele brakowało do końca roku akademickiego, więc obiecałam sobie, że natychmiast po powrocie do domu pouczę się. Louis wyciągnął się obok mnie. Nachyliłam się nad jego twarzą i chciałam go pocałować w nos, gdy poczułam silny ból w czaszce. Zasyczałam z bólu i wyprostowałam się. Chłopak natychmiast się podniósł i dotknął mojej buzi.
- Co się stało?
- Migrena, migrena, migrena. - pisnęłam.
- Chodź do cienia. - pociągnął mnie za ramię, a gdy zobaczył, że nie jestem zbyt chętna do współpracy, podniósł mnie całą. Stanął pod drzewem i opuścił mnie na ziemię. Oparłam się o korę i odchyliłam głowę. Było mi przyjemnie chłodno, a ból powoli mijał. Otworzyłam oczy i spojrzałam się na Louisa. Był zatroskany, pierwszy raz go takiego widziałam.
- Już dobrze?
- Chyba tak.
- Wracamy?
- Wolałabym już do domu, proszę. Głowa mnie znowu zaczyna boleć.
- Jasne.
Chłopak podszedł do koca i go zwinął. Złapał moją torebkę i wrócił do mnie.
- Dojdziesz sama do samochodu?
- Tak.
Doszłam do auta, położyłam się na tylnym siedzeniu i usnęłam.
***
Gdy się obudziłam, leżałam w nieznanym mi miejscu. Ciemne, ciężkie zasłony były zasunięte i tylko wąska strużka światła przedostawała się między nie. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Po mojej prawej stronie stało duże biurko, a przy nim był fotel biurowy. Na stole panował nieporządek, ale moją uwagę przykuła srebrna ramka. Podniosłam ją i zaczęłam przyglądać się zdjęciu. Na fotografii był trochę młodszy Louis, jakaś dziewczyna w podobnym wieku i małe dziecko. Idealny wizerunek rodziny. Nagle drzwi uchyliły się. Wszedł przez nie Lou, a w rękach trzymał dwa parujące kubki. Rzuciłam ramkę obok siebie i spuściłam nogi na podłogę. Uśmiechnięty chłopak skrzywił się, gdy zobaczył, co leży obok mnie.
- Coś się stało?
- Nic.
- Kto to jest na zdjęciu? - wskazałam palcem leżącą obok mnie ramkę.
- Ja, Karen i Lily.
- Kto to Lily?
- Musisz wiedzieć?
- Chcę. Jeśli mamy być parą, nie możemy mieć przed sobą żadnych tajemnic.
- Dobra. To jest moja córka.
Serce zaczęło mi szybciej bić, a ręce natychmiast się spociły. Zacisnęłam pięści i głęboko odetchnęłam.
- Gdzie ona jest?
- Dwa metry pod ziemią. - powiedział, a głos mu się załamywał.
- Przykro mi.
- Ile razy ja to słyszałem. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. - zacisnął ręce na kolanach.
- Też nie wiedziałam, co mówić, gdy tata zginął.
- Przepraszam. - podniósł zdjęcie i postawił na biurku. Rzucił mu przelotne spojrzenie i usiadł obok mnie.
- Nic już tym nie zdziałasz. Czuję, że swoim winnym trzeba przebaczać. Zwłaszcza wtedy, gdy ciebie potrzebują. - odgarnęłam jego włosy za ucho. - Opowiesz mi coś więcej o swojej córce? - przytuliłam go.
- Dobrze.
W jego kieszeni zadzwonił telefon. Louis podniósł palec do góry i przyłożył aparat do ucha. Rozmawiał krótko i ściszonym głosem, a słowa ledwo mogłam rozróżnić. Gdy skończył rozmawiać, nie był najszczęśliwszy.
- Co się stało?
- Mój ojciec jest w szpitalu. Ma raka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobało się? Skomentuj!