środa, 29 maja 2013

Rozdział X

Stałam w osłupieniu przez parę minut. Ta informacja zmieniła moje życie. Zmieniła nasze życie. Miałam nadzieję, że moja rodzina choć w małym stopniu zmieni swoje spojrzenie na Louisa, ale nie byłam pewna, czy uwierzą w ten dowód.
Jednego byłam świadoma - Harry nie będzie chciał mu zaufać. Nie po tym wszystkim, co razem przeszli. Nie po tym, jak Louis mnie potraktował. Nie po tym, jak widział dziesiątki ludzi ginących z jego ręki lub polecenia.
Zacisnęłam wargi i spojrzałam się z bólem na Louisa. Chłopak objął mnie ramionami i mocno trzymał przy sobie. Przytuliłam go w pasie i zaczęłam łkać. Moje życie nie może być proste. W takie bagno się wpakowałam. Trzeba było uciekać tuż po pogrzebie taty i nigdy nie wracać. Ale nie. Zostałam i zakochałam się w najmniej odpowiednim do tego facecie. Witaj w umyśle Heleny Styles.
- Kochanie, nie płacz. Wszystko będzie dobrze.
- A co jeśli... Jeśli oni nie uwierzą? Co jeśli oni nie zaakceptują mojego wyboru?
- Odstawię cię do domu. Nie chcę, żebyś przeze mnie straciła rodzinę.
- Ty nic nie rozumiesz. Ja chcę być tu z tobą. Chcę, żeby moja mama i mój brat zrozumieli, że to nie byłeś ty, w co absolutnie wierzę i żeby zaakceptowali nas. Mój wybór, którym jesteś ty.
Podniósł mój podbródek do góry. W jego oczach zobaczyłam łzy. Pierwszy raz od dawna ktoś tak do niego powiedział. Widziałam tą tęsknotę, była prawie namacalna. Przejechał palcem po mojej żuchwie i odgarnął niesforne kosmyki, które wypadły z kucyka, za ucho.
- Kochanie, idź już do łóżka. Jest późno, a wiem, że jutro masz od rana zajęcia.
- Ukradłeś mi mój plan zajęć? - zdziwiłam się.
- Nie ukradłem, a pożyczyłem.
Wysunęłam się z jego objęć i cmoknęłam w policzek. Chłopak okręcił mnie dookoła osi i puścił. Odeszłam dwa kroki tyłem, a kiedy zauważyłam, że Louis wychodzi do ogrodu, puściłam się biegiem na górę. Od jutra muszę zacząć trenować. Kiedyś wygram z nim wyścigi.
***
Leżałam w łóżku, nie mogłam spać. Za dużo wrażeń na jeden dzień. Ultimatum mojego brata, Louis, który nie jest mordercą mojego taty... Nie wiem czy ktokolwiek normalny przeżył taki natłok wydarzeń. Ja w całej pewności nie byłam normalna. Nie po tym wszystkim, co przeszłam. Przewróciłam się na lewy bok i spojrzałam na zegarek stojący na stoliku nocnym. Dochodziła pierwsza. Podniosłam się z łóżka i założyłam kapcie, po czym wyszłam na korytarz. Ruszyłam w kierunku schodów prowadzących na piętro. Zawahałam się przez sekundę, po czym wskoczyłam po schodach. Przeszłam trzy kroki i uświadomiłam sobie, że nie pamiętam, które drzwi prowadziły do sypialni Louisa.  Znajdowałam się w owalnym pomieszczeniu, z jednym wiszącym lustrem, stolikiem na kawę i dwoma fotelami. Przy oknie, które sięgało od sufitu do podłogi stała wielka paproć. Postanowiłam, że zdam się na kobiecy instynkt i podeszłam do pierwszych drzwi. Uchyliłam je, ale w środku był pokój przypominający siłownię. Zamknęłam je i wtedy usłyszałam jakiś dziwny odgłos. Nie przypominało to niczego innego, z czym wcześniej mogłam się spotkać. Skierowałam się w stronę, z której dochodził ten dźwięk. Stanęłam pod ścianą i głęboko odetchnęłam. Hałas się nasilił, ale jednak cały czas pozostawał stłumiony. Weszłam do sypialni, z której dochodził. Louis. Siedział na łóżku, zakrywał się ramionami i kolanami. Płakał. Nawet nie zauważył, jak weszłam. Podeszłam do niego, a wtedy on podniósł głowę. Widziałam go w wielu sytuacjach, ale teraz... Był mały i bezbronny. Nie był tym Louisem, co kazał rozstrzelać Andrew, co pobił gościa, który dobierał się do mnie w parku. To był nieszczęśliwy, samotny Lou. Usiadłam na łóżku i spróbowałam go dotknąć. Uniknął mojego dotyku i odsunął się.
- Czego chcesz? - wychrypiał, jego głos był zmęczony powstrzymywaniem płaczu.
- Nie mogę spać. Co ci się stało? Czemu płaczesz?
- Nie twój zasrany interes.
- Mój. W końcu jestem dziewczyną Louisa Tomlinsona, który w tym momencie płacze i nie chce mi powiedzieć czemu.
Strzelił brwiami. Widziałam, jak powoli się przełamuje. Przybliżył się do mnie i już wyciągnął ramię, by mnie objąć, ale zaraz je cofnął.
- Wyjdź. Proszę cię, nie chcę, żebyś widziała mnie w takim stanie.
- Nie wyjdę. Boję się o ciebie.
Chłopak podskoczył i wybiegł z pokoju. Gdy usłyszałam nerwowy tupot stóp, gdy schodził po schodach, pobiegłam za nim. Zwolniłam na schodach, które prowadziły do głównego holu. Usłyszałam, jak się rozkleił całkowicie w kuchni połączonej z salonem. Zeszłam cicho po schodach i stanęłam przy wejściu. On był odwrócony do mnie plecami. Miałam ochotę podejść i go przytulić, ale byłam świadoma, że tylko pogorszę sprawę.
- Kochany…
Gwałtownie się odwrócił. Twarz miał całą zapuchniętą i czerwoną. Nie był to najlepszy widok w moim życiu, ale to był jednak mój chłopak. Podeszłam do przodu, a wtedy on się cofnął.
- Nie podchodź. – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Szłam dalej, a on dalej się cofał. W końcu złapał stojący na stoliku wazon i rzucił nim w moje nogi. Poczułam, jak małe strużki krwi leją się z moich łydek, ale ominęłam skrawki szkła.
- Muszę. Jak mam inaczej ci pomóc?
- Wyjdź. Nie chcę cię na razie widzieć.
- Czemu?
- Nieważne. – schylił głowę i odwrócił się w kierunku okna. Podniósł rękę, by otworzyć drzwi balkonowe. Zatrzymał dłoń na klamce, ale ja szybko podbiegłam i ją strąciłam.
- Nigdzie nie wyjdziesz, dopóki nie powiesz mi o co chodzi.
Odwrócił się w lewo i przeszedł w stronę równoległej ściany. Chciałam pójść za nim, ale wtedy on odwrócił się i dostałam w klatkę piersiową doniczką z fiołkami. Zgięłam się w pół i przytrzymałam parapetu. Widziałam białe kropki przed oczami. Podniosłam twarz i zobaczyłam, że Louis siedzi w kącie pomiędzy ścianą a stolikiem na telewizor. O nie. Tak to w tym domu nie będzie. Wyprostowałam się i podbiegłam do chłopaka. Postawiłam go na proste nogi i przygwoździłam do ściany. Nie stawiał się zbytnio, czyli moje zadanie było ułatwione.
- Nigdy o niczym mi nie mówisz. Zawsze o wszystkim dowiaduję się na końcu lub w ogóle! Czy ty myślisz, że ja będę tak funkcjonować?!
- Puść… Puść mnie… - wychrypiał chłopak, a ja puściłam jego koszulkę. Wtedy on osunął się na podłogę.
- Louis, nie chcę ci zrobić krzywdy, ale co się dzieje? – spojrzał się na mnie i pękł. Płakał jak małe niemowlę, które narobiło w pieluchę, jest głodne, lub po prostu potrzebuje czułości. Sądzę, że temu dziecku potrzeba dużo czułości i miłości.
Rozłożył ręce niby w geście bezradności, a ja przykucnęłam przed nim. Gdy tylko zniżyłam się do jego poziomu, natychmiast ramionami objął moją szyję i zaczął mnie przytulać oraz przepraszać. Nie wiedziałam, co się dzieje. Ten gość naprawdę jest dziwny.
- Karen.
- Co z nią?
- Ona mnie nigdy nie kochała. – wyszeptał do mojego ucha, gdy już trochę ochłonął i przestał płakać. – Ją też tak… Zabrałem z domu. Tak samo mi powiedziała. Te słowa biją mnie po uszach. „Nigdy o niczym mi nie mówisz.” Ja chcę was chronić. Ciebie. – przełknął ślinę. Bo jesteś jedyna. Ona też miała być. Ona… Ona bała się mnie. Dlatego mówiła, że kocha, że chce… Nie chcę żebyś się mnie bała. Nie chcę żebyś przeze mnie cierpiała. Nie chcę, żebyś kłamała ze strachu…
- Może na początek przestaniesz rzucać we mnie kwiatkami, a zaczniesz mi je dawać? – zachichotałam. – Będzie nam łatwiej. – ścisnęłam go mocniej – Sugerujesz, że kłamię?
- Nie, ale…
- Ale raz się przejechałeś na miłości i teraz będziesz miał problem. Raz zawiodłeś się na człowieku i każdego będziesz przykładał do miarki „Karen”. Jestem gotowa zmienić to w tobie. Bo taka jest miłość. Ta jedyna i prawdziwa.
Powoli puściłam go i podniosłam się, a Louis poszedł w ślad za mną. Chwycił mnie w pasie i poszliśmy na górę. Przed drzwiami do mojego pokoju zawahał się. Wepchnęłam go delikatnie do środka i zamknęłam drzwi.
- Poudawaj mojego misia, będzie mi łatwiej zasnąć.
- Misia srysia. – uniósł mnie do góry i posadził na łóżku. – Masz się tu nie ruszać, a ja lecę na dół po coś, żeby ci to przemyć. – wskazał palcem na moje nogi, na których ranki zdążyły już zaschnąć. Dobrze, że szkło nie weszło w skórę. Gdy tak siedziałam i oceniałam straty, Louis zdążył pognać na dół i z powrotem na górę. Podniosłam oczy, a on przykucnął przy mnie i zaczął przemywać moje nogi.
- Jakby bolało to mów. Spirytus salicylowy, więc wiesz… Woda utleniona wyszła.
Nie zwracałam uwagi na pieczenie i ból w łydkach, bo podziwiałam  jego delikatne rysy twarzy i tą opiekuńczość, która się na niej malowała, gdy odkładał zakrwawioną chusteczkę i nasączał spirytusem kolejną.
- Nie boli.
- To dobrze. Przesuń się trochę.
Posłusznie cofnęłam do ściany i się położyłam. Louis wstał i zakręcił buteleczkę, po czym odłożył ją na stolik. Odchylił kołdrę i wsunął się pod nią. Zakrył mnie swoim ramieniem, a ja czułam się dobrze, bo wiedziałam, że on mnie kocha.
- Przepraszam. Już nigdy więcej… Nie ucierpisz przeze mnie. Nigdy przenigdy.
- Wybaczę ci pod jednym warunkiem. – szepnęłam.
- Zamieniam się w słuch.
- Zaśpiewaj mi. Lubię cię słuchać.
- To zamknij oczy. – wykonałam jego polecenie.
- Już.
- Dwadzieścia sekund na zaległości, dodatkowo
Zaledwie dwadzieścia sekund "nim zostaniemy porwani przez falę"
Kroczymy po wodzie, pod osłoną nocy
I jesteśmy oniemiali, po prostu oniemiali.
Ponieważ masz mnie tam gdzie chciałaś
Podczas gdy fala tsunami niszczy
Krajobraz w którym stworzyliśmy nasz dom
W naszych głowach…

niedziela, 26 maja 2013

Między rozdziałami x

Pomyślałam, że może fajnie byłoby, gdybym zrobiła taką "subskrypcję" czy pies jeden wie jak to się zwie XD
Jeśli chcielibyście być informowani o nowych rozdziałach, to podajcie swoje tt (lub adresy e-mail) w komentarzu :) x

piątek, 24 maja 2013

Rozdział IX

Ojoj. To już IX o.o
Dziękuję każdemu, kto czyta i każdemu, kto skomentował. Na serio jest to dla mnie duża motywacja do pisania, zwłaszcza, że moje zdrowie coś szwankuje. To jeszcze raz wielkie dzięki i życzę miłej lektury :) x
______________

Ze snu wyrwał mnie sygnał smsa. Podniosłam głowę z torsu Louisa i spojrzałam się na telefon, który mrygał w odległości jakiegoś metra od nas. Wyciągnęłam rękę, ale nie dosięgnęłam aparatu. Byłam pewna, że to przez chłopaka, który ciężarem swojego ramienia przyciskał mnie do siebie. Odpłacę ci się za to, zobaczysz.
- Louis. – mruknęłam do jego ucha – Skarbie, puść mnie.
- Nie. – uśmiechnął się, nadal nie otwierając oczu.
Spróbowałam wyjść dołem, podważyć jego palce, a nawet próbowałam go łaskotać w obojczyki. Jedyne miejsce, w którym ma łaskotki. Trzeba było sobie to zanotować. Nagle Louis wepchnął swoją rękę pod moją pachę. Przesunął ją trochę niżej, idealnie na moją pierś, którą po chwili ścisnął. Uderzyłam go prostą dłonią w policzek, na co on syknął i podał mi telefon.
- No widzisz, jak niewiele mi do szczęścia potrzeba? - uśmiechnęłam się do niego, a on rozmasowywał swój polik. Na wyświetlaczu zobaczyłam, że wiadomość przyszła od Megan.
'Zabiłaś go już? :)
'
Zachichotałam, a chłopak próbował wyjąć komórkę z moich rąk, by zobaczyć, co mnie tak bawi. Nie dałam mu.
'Jego trup właśnie pode mną leży. Odpiszę później. :)
 x'
- Nie trzymaj mnie w niepewności... Proszę...
- Co chcesz wiedzieć? - podniosłam się na kolana.
- Megan czy Margaret?
- Co ci za różnica?
- Chcę wiedzieć, którą mam zabić. Przeszkodziła w naszej idealnej pierwszej nocy!
Czasownik "zabić" niezbyt dobrze brzmiał w jego ustach. Skrzywiłam się i przygryzłam wargę, po czym zaczęłam bawić się palcami. Chyba zauważył moje zmieszanie, bo po chwili złapał mnie za dłoń i pogłaskał po niej.
- W sensie przenośnym, głuptasie.
Podniosłam się z podłogi i zebrałam moje ubrania. Podeszłam do szafy Louisa i otworzyłam ją. Chłopak patrzył się na mnie ciekawskim wzrokiem, a ja wyciągnęłam bluzę i naciągnęłam ją na nagie ciało.
- Później Ci oddam.
- Boisz się przejść nago po mieszkaniu?
- Jeszcze ktoś mnie podejrzy, a ja chcę zachować... Moją nagość tylko dla ciebie. - posłałam mu buziaka. Zauważyłam, że jego przyjaciel trochę się podniósł. Zachichotałam. Lou, trochę spłoszony, złapał swoją koszulkę i się nią zakrył. Wyszłam z pokoju i nie mogłam uwierzyć, gdzie jestem. Przedpokój w kształcie okręgu wyglądał jak z jakiegoś pałacu. Cały był w stonowanych kolorach, brązach i kremach. Przeszłam parę kroków i zeszłam po schodach. Przebiegłam "mój" korytarz i znalazłam się w mojej sypialni. Z szafki wyjęłam jeansy i t-shirt i z całym naręczem ciuchów poszłam do łazienki. Te, co nosiłam wczoraj, wrzuciłam do pralki. Potem weszłam pod prysznic. Umyłam się, ubrałam i wróciłam do mojego pokoju. Spakowałam książki na uczelnię i zeszłam na dół. Zobaczyłam, jak Louis stoi oparty o blat kuchenny i rozmawia z kimś przez telefon. Na mój widok szybko zakończył rozmowę. Przez chwilę bawił się komórką, ale zaraz ją odłożył. Koło niej wylądowała moja torba. Zarzuciłam chłopakowi ręce na szyję i pocałowałam go w nos. - Okłamałaś mnie.
- Kiedy?
- Mówiłaś, że to był twój pierwszy raz, a nie był. Byłaś za dobra. - przesunął nosem po mojej szyi.
- Ekhem... Skończcie się miziać.
Odwróciłam się, a w drzwiach zobaczyłam Harry'ego. Odsunęłam się od Louisa, który pozostał niewzruszony.
- Czemu niby? - Lou wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Helen... To nie miało tak być. - Harry odwrócił się na pięcie i wybiegł. Stałam przez chwilę w osłupieniu, ale już po chwili wsunęłam na nogi trampki i pobiegłam za moim bratem.
- Harry! Zatrzymaj się! - dobiegłam do niego i złapałam go za ramię.
- Zostaw mnie. - wysyczał, nie odwracając się do mnie.
- Nie rób scen.
- To ty robisz sceny. Ty się z nim przespałaś! I to niby nie ma być miłość! Powiedz mi. Ty się w nim zakochałaś, nie jest tak? - odwrócił się w moją stronę i złapał mnie za ramiona - A to co? To on ci zrobił?! - przejechał palcem po mojej żuchwie. - Kurwa. Wiedziałem. Co ja zrobiłem..?
- Puść mnie. Proszę. - rozluźnił uścisk, a po chwili zdjął swoje dłonie z moich ramion - On jest trochę porywczy...
- Masz siniaka przez cały policzek...
- Tak. Ale on mnie potrzebuje.
- Żeby się wyżyć?!
- Słuchaj mnie w tym momencie. Louis chciał mnie puścić do domu. Chciał, żebym odeszła. Nie zostawiłam go.
- Mogłaś..? Czemu tego nie zrobiłaś?!
- Bo on mnie potrzebuje. Nie wiem, co by beze mnie zrobił.
- Przejmujesz się nim? On ma cię w dupie. Twoje życie jest dla niego nieważne.
Milczałam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie mogłam bratu opowiedzieć o wszystkim. Nie mogłam mu powiedzieć o Karen, Lily, matce Louisa ani o tym, że on się po prostu boi się być opuszczonym po raz kolejny. Po prostu nie mogłam. Zacisnęłam zęby, a łza poleciała po moim policzku. On nie zrozumie...
- Hej? Odpowiesz mi? Przejmujesz się nim? On nam zabił ojca. On nie zasługuje na litość, a tym bardziej na twoją miłość. - podniósł podbródek tak, by mógł spojrzeć mi się w oczy.
- Może i tak. Ale ja zasługuję na szczęście. A przy nim jestem szczęśliwa.
- Tydzień.
- Co?
- Tydzień. Na decyzję. Kochasz jego czy chcesz być nadal moją siostrą.
- Harry!
- Nie. Następny poniedziałek, godzina 18, tutaj. Na razie... Cześć. - uśmiechnął się, ukazując swoje dołeczki w policzkach. Odwrócił się na pięcie i odszedł, a ja pobiegłam na przystanek.
***
- Kochanie, co się stało?
Stałam oparta o szklane drzwi do ogrodu, a Louis podszedł do mnie i stanął obok. Chwycił moją dłoń, ale ja natychmiast wyjęłam ją z jego uścisku. Chłopak przechylił głowę i oparł ją o szybę. Na dworzu było już ciemno. Była godzina dwudziesta trzecia, ale ja nie mogłam usnąć. Moja głowa zajęta była jedną myślą. Bardziej kocham mojego brata czy Louisa? Kogo bardziej potrzebuję? Czy w ogóle kogoś potrzebuję? Wyprostowałam się i głębiej odetchnęłam.
- Czemu jesteś smutna? Co cię martwi?
Lou złapał za mój kucyk i przerzucił go przez moje ramię. Chciał złapać mój wzrok, ale ja konsekwentnie odwracałam twarz w innym kierunku.
- Coś źle zrobiłem?
Pierwsza łza spłynęła mi po policzku. ‘To nie ty, Louis. A może i ty. Czemu zabiłeś mojego ojca? Dzisiaj moglibyśmy być szczęśliwi.’ Głos odmówił mi posłuszeństwa. Co ja gadam? Mój ojciec… Czy jest zadowolony z tego, że umawiam się z jego mordercą? Osobą, która pozbawiła go życia? Jedyna racjonalna odpowiedź brzmiała ‘Nie’.
- Boli cię coś?
‘Serce. To jest miłość, czy szaleństwo?’
- Żałujesz tego, że się ze mną kochałaś?
‘Nie. Nie żałuję ani jednej sekundy z tobą spędzonej.’
- To ja teraz pobawię się w wróżkę. Jesteś zła na siebie, bo zabiłem twojego ojca. Bo zakochałaś się w mordercy swojego ojca.
Skinęłam głową.
- Prawda jest taka, że… Nie ja go zabiłem. To nie byłem ja, ani rozkaz strzelenia do niego nie wyszedł z moich ust.
- Kłamiesz.
- Czemu tak sądzisz?
- Czemu nagle mówisz, że to nie ty go zabiłeś? Żeby sprawić, że poczuję się lepiej?
- Przez dwa lata nie wiedziałem, kto to był. Do dzisiaj podejrzewam kogoś z moich ludzi. Wziąłem całą winę na siebie, bo jeśli bym jej nie wziął… To by oznaczało istnienie drugiej grupy takiej jak moja, która jest silniejsza. Wasza rodzina była od prawie samego początku pod ścisłym nadzorem. To, że twój ojciec został zastrzelony to było czyste niedopatrzenie. Jakby ktokolwiek dowiedział się, że to nie ja go zabiłem, wybuchłaby panika, a ja zostałbym sam.
- Masz jakiś dowód?
Chłopak odwrócił się i podszedł do długiego regału. Otworzył przeszklone drzwiczki i wyjął z nich kartkę. Podszedł do mnie i pokazał mi ją. Była to pocztówka.
- Proszę.
- Dowód?
- Kartka nadana we Florencji, w dniu, w którym twój ojciec zginął. Na broni były tylko odciski moich palców, więc to mogłem być tylko ja, albo ktoś ukradł mi pistolet. Nie mam go. Zaginął.
Spojrzałam się na Louisa, potem na kartkę, a potem jeszcze raz na chłopaka.
- To znaczy, że…
- Że morderca jest cały czas na wolności.
- I żadne z nas nie jest bezpieczne.

środa, 22 maja 2013

Rozdział VIII

W woli wyjaśnienia:
Pogrubiona czcionka to wspomnienie z perspektywy Louisa (czyt. jego ojciec opisał to trochę inaczej :))
___________________________


- Powiedz mi coś więcej o swojej rodzinie.
- Czemu?
- Ty wiesz o mojej wszystko, a ja o twojej nic.
Ścisnął kierownicę, aż jego kłykcie stały się białe.
- Nie sądzę, że powinnaś wiedzieć. Kiedyś.
- Wszystko ma być kiedyś.
- Tak, bo wszystko musi się kiedyś wydarzyć.
Zamilkliśmy. Atmosfera w aucie stała się tak gęsta, że oddychać było trudno. Miałam ochotę stamtąd wysiąść, ale musiałam zostać. Louis mnie potrzebował. Odetchnęłam głęboko. A ja potrzebowałam jego.
Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. A zwłaszcza w to, że można zakochać się w człowieku, który zabrał ci wszystko. To było po prostu niemożliwe do momentu, w którym poznałam jego. ‘Wszystko musi się kiedyś zdarzyć’.
Srebrny Mercedes podjechał pod główne szpitalne wejście. Wyszłam z samochodu i spojrzałam się na Louisa. Był zamyślony, jakby nieobecny. Złapałam go za rękę, ale on wyciągnął ją z mojego uścisku. Przeszedł parę kroków i odwrócił się do mnie.
- Idziesz, czy będziesz tak stała?
***
Weszliśmy do jasno zielonej salki, w której leżał tylko jeden mężczyzna. Był umięśniony, ale wyglądał na zmęczonego. Do jego ramienia przyczepiona była kroplówka.
- Cześć tato.
Louis podszedł do niego i chwycił za rękę. Stanęłam za chłopakiem i obserwowałam reakcję leżącego mężczyzny. Otworzył oczy i spojrzał na syna szarymi oczami. Wtedy dowiedziałam się, po kim Lou odziedziczył to hipnotyzujące spojrzenie.
- Cześć, Louis. Zmieniłeś się. – wychrypiał.
- Może trochę. Tato, to jest moja dziewczyna, Helena. – mężczyzna uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę.
- Trevor, miło mi cię poznać.
Zawsze wyobrażałam sobie inaczej poznanie rodziców mojego partnera. Zwłaszcza tego pierwszego. Marzyłam o kolacji w restauracji, że będę miała połyskującą sukienkę do kolan i dwudziestocentymetrowe szpilki oraz że oczaruję jego rodziców swoją elokwencją i skromnością.
Rzeczywistość była całkowicie inna.
Stałam w obskurnej szpitalnej sali w trochę znoszonych jeansach i przydużym t-shircie nad łóżkiem umierającego ojca mojego chłopaka. Byłam ciekawa, gdzie podziewa się mama Louisa.
- Mi również. – uścisnęłam delikatnie dłoń i rzuciłam Louisowi pytające spojrzenie. Podłapał je i poruszył ustami. Znałam ten układ warg zbyt dobrze. ‘Kiedyś’.
- Tato, czemu wcześniej mnie nie powiadomiłeś? – rzucił rzeczowo Lou.
- Nie chciałem mieć z tobą kontaktu. Sam dobrze wiesz, czemu. – chłopak ukucnął przy łóżku i złapał swojego ojca za rękę.
- To może teraz też mam wyjść, skoro nie chcesz mieć ze mną kontaktu?
- Nie wychodź. Chciałem nadrobić to, co straciliśmy.
- Nic już nie nadrobimy. – chłopak poderwał się i wybiegł z sali.
- Przepraszam, ja pójdę za nim.
- Dobrze, trzymaj się. On zawsze był porywczy.
Pobiegłam w dół schodami i zobaczyłam, jak Louis chowa się w łazience. Męskiej łazience. Przeklnęłam cicho pod nosem, gdy popychałam drzwi. Stał roztrzęsiony nad umywalką. Podeszłam do niego i przejechałam ręką po jego plecach. Odwrócił się do mnie i złapał mnie za nadgarstek. W jego oczach widziałam ból i nienawiść. Po chwili poczułam silne uderzenie na policzku. Zaraz kolejne. Po chwili uderzył mnie pięścią. Raz, drugi, trzeci. Gdy ocknęłam się z oszołomienia, popchnęłam go na ścianę. Był jeszcze bardziej wkurzony. Nagle z mojego nosa polała się krew. Odwróciłam się i znalazłam ręcznik jednorazowy. Urwałam dwa listki i przytrzymałam przy nosie. Spojrzałam się na lustro, które wisiało nad umywalkami i wyszłam stamtąd. Przeszłam niezauważona przez pół szpitala i z niego wyszłam. Skierowałam się na ławkę i wyrzuciłam papier, który nie był mi już potrzebny, bo krwotok ustał. Usiadłam i z torebki wyjęłam lusterko, by się w nim przejrzeć. Po obu stronach twarzy zauważyłam zaczerwienie. Dobrze, że nie dotknął mnie palcami, bo wtedy wyglądałoby to podejrzanie. Poszukałam podkładu, który nosił tylko dlatego, bo Margaret dała mi go na urodziny i nałożyłam na twarz. Gdy skończyłam i uznałam, że mogę się pokazać ludziom, zobaczyłam, jak Louis wychodzi z budynku. Rozejrzał się i chyba mnie nie dostrzegł, bo wsiadł do samochodu i odjechał. Wtedy ja podniosłam się z ławki i weszłam do szpitala. Musiałam się dowiedzieć paru rzeczy.
***
- O, jak miło cię widzieć. Co z moim synem? – starszy mężczyzna podniósł głowę na mój widok.
- On ma się chyba dobrze. Pojechał do domu, był trochę zdenerwowany.
- Aha, właśnie widzę to trochę… - podniósł dłoń i pokazał małą, czerwoną plamkę na mojej bluzce.
- O Boże. – dopiero w tamtym momencie dostrzegłam plamkę krwi. Nie zważając na nią zbytnio, przyniosłam spod okna krzesło i ustawiwszy je obok łóżka, usiadłam na nim. – Proszę pana. Mam naprawdę ważną rzecz i Louis nie chce mi o niej powiedzieć i może pan…
- Trevor…
- Może pan mi powiedziałby co się stało…?
- O czym wiesz? – mężczyzna podniósł na mnie oczy.
- Wiem o Karen i Lily.
- Co cię nurtuje?
- Louis nie chciał mi powiedzieć, czemu Lily nie żyje. Wiem, że to może być dla niego ciężkie lub zbyt świeże, ale chciałabym… Naprawdę chcę mu pomóc.
- Jeśli wiesz o Karen, to pewnie też wiesz, że zginęła. Z tego co wiem…
- Louis, nie mogę być z tobą dłużej.
- Tyle lat mogłaś, czy to, że znasz prawdę, zmieniło coś?
- Tak, okłamywałeś mnie tyle lat! Zabieram Lily. Za tydzień dam znać, czy cokolwiek się zmieniło, ale w to wątpię.
Wyszła i trzasnęła drzwiami. Osunąłem się po ścianie i zacząłem płakać jak małe, bezbronne dziecko. Nigdy nie płakałem. Teraz miałem poczucie, że tracę coś najcenniejszego w moim życiu. Moją narzeczoną i moją córkę.
Tydzień później zadzwonił do niej. Nie odebrała jednak Karen, a jej matka.
- Dzień dobry. Mógłbym prosić Karen do telefonu?- w odpowiedzi usłyszałem jedynie cichy szloch – Przepraszam, mógłbym prosić Karen do telefonu?
- Karen nie żyje! I to przez ciebie!
Nogi ugięły się pode mną. Usiadłem na podłodze i zacząłem wypytywać się o szczegóły. Karen wyszła na spacer z naszą córką. Chciała pójść do parku, ale na przejściu dla pieszych potrącił ją pijany kierowca. Zmarła dzisiaj rano.
- To… tragiczne.
- Tak, Louis długo się nie mógł pozbierać. Gdy moja żona usłyszała o śmierci przyszłej synowej i wnuczki… Miała zawał. Nie uratowali jej.
- Przykro mi…
- Nie martw się, to było 3 lata temu… Czas zagoił w jakiejś części rany.
- Przepraszam, że pana naciągnęłam na takie zwierzenia…
- Nie szkodzi. Powinnaś była wiedzieć. Ale i tak Louis traktuje cię poważnie, skoro powiedział ci o Karen i Lily. Doceń to, proszę. Bądź dobra dla mojego syna, on tego potrzebuje.
- Dobrze, będę. Obiecuję.
***
- Halo?
- Cześć Louis. Z tej strony twoja niedawno pobita… Hmm… Współlokatorka. Dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o twojej przeszłości. Czy mógłbyś być tak dobry i przyjechać pod szpital? Muszę z tobą pogadać.
Przez dłuższą chwilę po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. W końcu usłyszałam siarczyste przekleństwo.
- Zaraz będę. Nie ruszaj się stamtąd.
Po jakichś piętnastu minutach zobaczyłam, jak srebrne auto wjeżdża na przyszpitalny parking. Podeszłam do niego i usiadłam obok kierowcy.
- Co wiesz?
- Może trochę milej do swojej dziewczyny? Wszystko wiem.
- I co masz zamiar z tym zrobić? Lepiej się czujesz z tą wiedzą?
- A żebyś wiedział. Teraz wiem, co ci siedzi w duszy.
- Skąd możesz wiedzieć…
- Jesteś przerażony. Boisz się wszystkiego. Straciłeś trzy najważniejsze kobiety w swoim życiu i swojego ojca. On już raz dla ciebie umarł, czyż nie? – Louis wyjechał z parkingu i wjechał w las. – Umarł dla ciebie, kiedy usłyszałeś od niego, że to przez ciebie one nie żyją. Przez twoje głupie zachowanie. Nie wiem tego na pewno, ale jest to jedyny racjonalny powód dla którego mogłeś z nim zerwać kontakt. Nie miałeś nikogo. Wplątałeś się w alkohol, panienki i imprezy. Tak było? – nie doczekałam się odpowiedzi, więc kontynuowałam wypowiedź. – Było tak. Chciałeś zapić poczucie samotności i tego, że dla każdego jesteś nieważny.  Dla tamtych lasek liczyła się tylko twoja kasa i może umiejętności w łóżku. Nie widziały tego Louisa, którego ja widzę. Nie miały pojęcia z kim mają do czynienia. A wtedy poznałeś mnie. – przełknęłam głośno ślinę. – Zgaduję bezbłędnie wszystkie twoje myśli, interesuję się tobą. Czy którakolwiek, która wcześniej widziała to zdjęcie, zainteresowała się, kto na nim jest? Nie sądzę. Może nawet go nie zauważyły. A ja byłam na tyle głupia i odważna, by pójść do twojego ojca i wypytać go o to. Bo się o ciebie martwię.
Gdy zatrzymał samochód, zauważyłam, że jesteśmy pod jego domem. Podszedł do moich drzwi i otworzył je. Wysiadłam z auta i poszłam za nim do domu. Weszliśmy do holu, a wtedy on złapał mnie za rękę i obrócił do siebie. Przycisnął swoje usta do moich i nie pozwolił mi oddychać. Odsunął się ode mnie, ale nasze czoła nadal się stykały.
- Chcę poznać wszystkie twoje tajemnice. Czuję, że jesteśmy jak dwie połówki jabłka. Pozwolisz mi? – objął mnie w pasie i złapał pomiędzy palce brzeg mojej bluzki.
- Wszystkie moje tajemnice? Brzmi kusząco. – zarzuciłam mu ręce na szyję i pozwoliłam zanieść się do jego sypialni. Położył mnie na łóżku i zamknął drzwi. Po chwil ubrania leżały pod ścianą, a nasze nagie ciała były splecione.
____________________
Nie będzie bardziej szczegółowego opisu zbliżenia intymnego, ponieważ... NIE I KONIEC. JA SIĘ DO TAKICH RZECZY NIE NADAJĘ XD

Rozdział VII

- Kochanie, obudź się.
- Cooo? No nie, znowu?
Louis powstrzymał atak śmiechu. Przysiadł na kanapie i złapał mnie za rękę.
- Mój śpioch.
- Mój budzik.
- Do czegoś jestem potrzebny. - palcem malował mi wzory na ramieniu - Zabieram cię dzisiaj na piknik.
- Na co? - usiadłam z wrażenia.
Pikniki zawsze kojarzyły mi się z szczęśliwymi rodzinami, psami i innymu takimi. W tej wizji pikniku dla Louisa nie było miejsca. On tam po prostu nie pasuje.
- Piknik. Ten doroczny, z okazji dnia honorowego krwiodawstwa.
Zapomniałam na śmierć o nim.
- Ile mam czasu?
- Dwie godziny.
- To ja lecę na górę. - cmoknęłam chłopaka i pobiegłam do mojej sypialni. Otworzyłam szafę. Wzięłam wczoraj kupioną sukienkę. Musiałam się kogoś poradzić, więc poszłam z Megan na długie zakupy. To, że mnie opieprzyła, to nic. Gorszy był fakt, że ja chyba byłam zakochana.
W najgorszym facecie, jakiego poznałam w życiu, który był mordercą mojego ojca. Policja, gdy zobaczyła, z kim ma do czynienia, od razu wypuściła go na wolność. Funkcjonariusze bali się o swoje życia i rodziny.
Złapałam letnią sukienkę i przyłożyłam ją do ciała. Będzie wyglądała idealnie.
- Ładnie ci. Ale tobie ładnie we wszystkim.
Odwróciłam się, wystraszona niespodziewanym pojawieniem się tego głosu.
- Wyjdź mi stąd! - roześmiałam się i zaczęłam przeganiać Louisa poduszką. Rzuciłam sukienkę na łóżko i podbiegłam do chłopaka, który uciekł z udawanym krzykiem. Wyszłam na korytarz i spojrzałam się na jego koniec. Lou odwrócił się i pomachał do mnie, a potem uderzając bosymi stopami, wszedł na schody, które były po jego prawej stronie. Pokręciłam głową i poszłam się przebrać.
Po piętnastu minutach stałam na dole schodów, pomna zakazu wchodzenia na górę.
- Louis! - odpowiedziała mi cisza. - Lou, bo cierpliwość stracę!
- Już lecę! - zobaczyłam, jak chłopak schodził po schodach, a w ręku trzymał czerwoną koszulkę. Przez chwilę podziwiałam jego klatkę, dopóki on nie pomachał mi ręką przed nosem. - Ziemia do Helen! - potrząsnęłam głową, a on pocałował mnie w nos.
- Mamy jeszcze półtorej godziny, co możemy zrobić?
- Ja to bym sobie poleżała na huśtawce. - przeciągnęłam się.
- To chodź, mój kociaku. - złapał mnie w wyciągniętej talii i zaniósł do ogrodu.
***
Siedziałam na kocu i delektowałam się późno czerwcowym słońcem. Niewiele brakowało do końca roku akademickiego, więc obiecałam sobie, że natychmiast po powrocie do domu pouczę się. Louis wyciągnął się obok mnie. Nachyliłam się nad jego twarzą i chciałam go pocałować w nos, gdy poczułam silny ból w czaszce. Zasyczałam z bólu i wyprostowałam się. Chłopak natychmiast się podniósł i dotknął mojej buzi.
- Co się stało?
- Migrena, migrena, migrena. - pisnęłam.
- Chodź do cienia. - pociągnął mnie za ramię, a gdy zobaczył, że nie jestem zbyt chętna do współpracy, podniósł mnie całą. Stanął pod drzewem i opuścił mnie na ziemię. Oparłam się o korę i odchyliłam głowę. Było mi przyjemnie chłodno, a ból powoli mijał. Otworzyłam oczy i spojrzałam się na Louisa. Był zatroskany, pierwszy raz go takiego widziałam.
- Już dobrze?
- Chyba tak.
- Wracamy?
- Wolałabym już do domu, proszę. Głowa mnie znowu zaczyna boleć.
- Jasne.
Chłopak podszedł do koca i go zwinął. Złapał moją torebkę i wrócił do mnie.
- Dojdziesz sama do samochodu?
- Tak.
Doszłam do auta, położyłam się na tylnym siedzeniu i usnęłam.
***
Gdy się obudziłam, leżałam w nieznanym mi miejscu. Ciemne, ciężkie zasłony były zasunięte i tylko wąska strużka światła przedostawała się między nie. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Po mojej prawej stronie stało duże biurko, a przy nim był fotel biurowy. Na stole panował nieporządek, ale moją uwagę przykuła srebrna ramka. Podniosłam ją i zaczęłam przyglądać się zdjęciu. Na fotografii był trochę młodszy Louis, jakaś dziewczyna w podobnym wieku i małe dziecko. Idealny wizerunek rodziny. Nagle drzwi uchyliły się. Wszedł przez nie Lou, a w rękach trzymał dwa parujące kubki. Rzuciłam ramkę obok siebie i spuściłam nogi na podłogę. Uśmiechnięty chłopak skrzywił się, gdy zobaczył, co leży obok mnie.
- Coś się stało?
- Nic.
- Kto to jest na zdjęciu? - wskazałam palcem leżącą obok mnie ramkę.
- Ja, Karen i Lily.
- Kto to Lily?
- Musisz wiedzieć?
- Chcę. Jeśli mamy być parą, nie możemy mieć przed sobą żadnych tajemnic.
- Dobra. To jest moja córka.
Serce zaczęło mi szybciej bić, a ręce natychmiast się spociły. Zacisnęłam pięści i głęboko odetchnęłam.
- Gdzie ona jest?
- Dwa metry pod ziemią. - powiedział, a głos mu się załamywał.
- Przykro mi.
- Ile razy ja to słyszałem. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. - zacisnął ręce na kolanach.
- Też nie wiedziałam, co mówić, gdy tata zginął.
- Przepraszam. - podniósł zdjęcie i postawił na biurku. Rzucił mu przelotne spojrzenie i usiadł obok mnie.
- Nic już tym nie zdziałasz. Czuję, że swoim winnym trzeba przebaczać. Zwłaszcza wtedy, gdy ciebie potrzebują. - odgarnęłam jego włosy za ucho. - Opowiesz mi coś więcej o swojej córce? - przytuliłam go.
- Dobrze.
W jego kieszeni zadzwonił telefon. Louis podniósł palec do góry i przyłożył aparat do ucha. Rozmawiał krótko i ściszonym głosem, a słowa ledwo mogłam rozróżnić. Gdy skończył rozmawiać, nie był najszczęśliwszy.
- Co się stało?
- Mój ojciec jest w szpitalu. Ma raka.

poniedziałek, 20 maja 2013

Rozdział VI


CIOCIA BELLS RADZI:
Jeśli cokolwiek jesz, pijesz czy coś w tym stylu to odstaw. Za duże stężenie cukru i tęczy w tym rozdziale :'D
Ale i tak miłego czytania ;)
_______________________


Wyszłam z domu i zamknęłam drzwi. Nie odzywałam się do Louisa od rana i nie miałam zamiaru przez najbliższe parę dni. Może za mną zatęskni, ale w końcu... Nic dla niego nie znaczę. Te dwa słowa są dla niego bez znaczenia, a dla mnie ochroną życia.
Wsiadłam w autobus, którym mogłam dojechać na przystanek niedaleko mojego domu rodzinnego. Gdy dotarłam na miejsce, zobaczyłam moje trzy przyjaciółki. Zawsze razem. Nawet, gdy poszłyśmy na studia, wybrałyśmy ten sam kierunek. Filologia angielska.
- Cześć, miśku. - Megan podeszła do mnie i ucałowała mnie w policzek. Przywitałam się z nią, Margaret i Misty.
- Jak tam u...? U...? No... Louisa?
- Wiesz jak jest. Ale później wam dokładnie opowiem. Widzicie tamtego gościa obok śmietnika?
- Tego takiego karczka?
- Tak. On jest od Louisa. Wyczaiłam to. Jedzie za mną od naszego domu.
- Naszego? - Megan założyła ręce na piersi i strzeliła brwiami.
- Louisa. Co za różnica? Będę tam mieszkać do usranej śmierci. - kopnęłam kamyk, który leżał pod moim butem, próbując ukryć zażenowanie.
- Jedzie nasz. Wsiadamy. - powiedziała cicha dotąd Misty. Wsiadłyśmy do pojazdu i dojechałyśmy na uczelnię.
***
Leżałam w łóżku z książką w ręku. Powtarzałam sobie na jutro. Słuchałam muzyki i myślałam o Louisie. Cały dzień nie odezwaliśmy się do siebie słowem. Nagle on wszedł do pokoju. 'O wilku mowa' - pomyślałam. Chłopak potraktował mnie jak powietrze. Podszedł do biurka i odsunął krzesło. Usiadł na nim i zapalił lampkę. Przesunął fotel bokiem do stolika, a w jego ręku błysnął srebrny długopis. Otworzył notes, który dopiero zauważyłam i zaczął coś w nim pisać. Zamknęłam z trzaskiem podręcznik i zgasiłam światło przy łóżku. Nie zareagował. Westchnęłam ciężko i odwróciłam się do niego plecami. Sytuacja ta powtarzała się przez tydzień. Aż nadeszła sobota.
***
Ubrałam za dużą, czarną koszulkę i szorty, po czym zeszłam na dół. Zobaczyłam, że Louis miesza w garnkach. Oparłam się o stolik kuchenny na przedramionach i złapałam winogrono. Z zaciekawieniem oglądałam plecy chłopaka.
- Co jeszcze twoja była lubiła śpiewać?
- Słucham? – odwrócił się do mnie. Na jego twarzy malowało się zdumienie.
- No co? – wyprostowałam się.
- Kobieto, tydzień się do mnie nie odzywasz, a nagle przychodzisz do mnie i pytasz się o ulubione piosenki mojej byłej. To nie jest dziwne?
- Może miałam PMS?
- A no tak. Zapomniałem. Mam się uzbroić w tampony i termofor, tak?
- Korzystam z podpasek, ale termofor się przyda. – obeszłam stół dookoła i usiadłam na nim. Ciekawsko zajrzałam do garnka.
- Co tam gotujesz?
- Zupę. Brokułową. Lubisz?
- Kocham brokułową. A jakie piosenki jeszcze śpiewała twoja była?
- Upierdliwa jesteś.
- Po bracie.
- Prawda.
- Dowiem się dzisiaj?
- Jest taka część mnie, której nigdy nie poznasz, jedyna rzecz, której nigdy ci nie pokażę.
- Dalej!
- Nie pamiętam.
- Rozpaczliwie będę cię kochał nieskończenie, rozpaczliwie dam ci wszystko, ale nie porzucę cię i nie zostawię cię upadającego. Tekst nie jest trudny.
- Wow. Znasz coś jeszcze?
- Znam. Ale to może kiedy indziej. Słyszałam gdzieś, że faceci lubią szczyptę tajemniczości.
- Dla mnie i tak jesteś wielką zagadką. – podszedł do mnie i oparł swoje dłonie o moje uda. Położyłam swoje ręce na jego. Wysunął delikatnie się spod mojej skóry i objął mnie w pasie. Podniósł mnie do góry, a ja oplotłam nogami jego biodra. Zbliżyłam usta do jego ucha.
- Zupa ci się przypali.
- Zupa mnie nie obchodzi, kochanie. – odszepnął.
Patrzył się w moje oczy, a ja dostrzegłam w jego ogniki. Małe, tańczące płomyki.
- Co cię obchodzi?
- Ty.
- A to znasz: Chcę wypędzić demony z twojej przeszłości?  - zamruczałam.
- Co chcesz wiedzieć?
- Czemu śpiewałeś piosenki, które śpiewała twoja była?
- Powtórzenie.
- Louis.
- Dobrze. Ale to nie będzie łatwe. – poluźnił uścisk, a ja opuściłam nogi na podłogę. – Nic nie będzie łatwe. Karen, ona miała na imię Karen. Byliśmy z sobą przez dwa lata. Ukrywałem, kim jestem. W końcu jej powiedziałem. – przełknął głośno ślinę, a po jego policzku pociekła łza. Otarłam ją, a on ujął moją dłonią i trzymał przy swoim policzku. – Wyszła i powiedziała, że musi nad tym pomyśleć. Zadzwoniłem do niej po tygodniu. Ona nie żyła. Wpadła pod samochód. – łzy pociekły mu swobodnie po twarzy.
- Przykro mi. – przytuliłam jego głowę do swojej klatki.
- I wiesz, czego się najbardziej boję? – wyrwał się z moich objęć – Tego, że i ciebie stracę. Ty mnie nie kochasz, ale jeśli pozwolisz, bym się tobą zajął, to uczynię cię najszczęśliwszą kobietą na świecie. Jak nie, to wyjdź. Spakuj się i wyjdź. Lepiej będzie, jak mnie teraz opuścisz, niż jak później, kiedy… będzie już za późno. Teraz też jest za późno. Boję się pokochać. Naprawdę się boję.
- Nie opuszczę cię. – ujęłam jego podbródek i zmusiłam, by się na mnie spojrzał. – Wiesz czemu? Ty mnie potrzebujesz bardziej niż czegokolwiek innego. I tak, wcześniej kłamałam. Ale teraz możesz być pewnym, że… - złapałam jego dłoń i położyłam na lewej stronie mojej klatki piersiowej – to serce bije dla ciebie. Raz zostałeś opuszczony i obiecuję ci, to się więcej nie powtórzy.
***
- Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem, ale ja go kocham. – powiedziałam do Megan.
- Zabił ci ojca…
- Wiem, Megan. Kurczę… Nie wiem co z tym zrobić.
- On cię kocha? Szanuje cię?
- Zobaczymy. Pożyjemy, zobaczymy.
***
- To ty taki sprytny jesteś. Parę ładnych słówek, a potem sru do łóżka! – Tom klepnął mnie w plecy.
- To nie jest tak, jak mówisz.
- Wszystkie na to lecą.
- Helen nie jest taka jak wszystkie. Ona jest tą jedyną.

niedziela, 19 maja 2013

Rozdział V

Dla Patrycji, która lubi mordy i inne takie tandeciarstwa. Kocham Cię skarbie xX
_____________________
- Zaczyna się… Zaraz się skończy, jak wyjdę z tobą na zewnątrz i tam powybijam ci zęby.
- Spokojnie… Siadajcie oboje.
Louis posłusznie usiadł, a Harry podszedł do stolika obok i zapytał się, czy jest wolne. Lekko przestraszona kobieta odpowiedziała mu, że tak. Przyniósł je do nas i usiadł oparciem do przodu.
- Co się dzieje?
- Pożyczyłem Andrew kasę na otwarcie tego przybytku i miał datę zwrotu do dzisiaj… A dokładniej ma jeszcze 20 minut. A potem kabum! Nie ma Andrew. – odpowiedział z rozbrajającą szczerością Lou.
- Tak, ale nie musiałeś mieszać w to mojej siostry.
- Zaraz ją stąd wyprowadzimy. – spojrzał się na srebrny zegarek, który ciasno oplatał nadgarstek. – Za 15 minut.
- Czekaj. Co mu zrobicie? – nachyliłam się w stronę szarookiego bruneta.
- Widzisz tamtych gości? – zaczął pokazywać stoliki palcem. Zazwyczaj to były pary złożone z przedstawicieli dwóch płci, tylko przy jednym siedziało dwóch facetów. – Ten, ten i tamten wyjmą pistolety, jak tylko Andrew zacznie dziękować za przybycie. Na moje kiwnięcie ręki – demonstracyjnie pomachał nadgarstkiem – zaczną strzelać. Jeśli spudłują lub Andy ucieknie… Pomyślmy…
- Wtedy dorwiecie go na tyłach. To nie będzie zbyt trudne, bo wszystko jest obstawione.
- Dokładnie. Dobry z ciebie chłopak, Harreh. – klepnął go w plecy.
- Helen, wychodzimy. – brat złapał mnie za rękę i pociągnął do góry. Wstałam i zatrzymałam się przy Louisie.
- Nienawidzę cię.
- Parę godzin temu mówiłaś coś całkiem odwrotnego.
Odwróciłam się do Harry’ego, a on patrzył na mnie przerażonym wzrokiem. Pociągnął mocniej za moją rękę, a ja zdezorientowana wyszłam za nim. Obszedł cały budynek dookoła, a w połowie drogi wyrwałam mu się. Szłam za nim, gdy w końcu doszliśmy na tyły. Odwrócił się do mnie i zmroził spojrzeniem.
- Co się tam u was wydarzyło?
- Nieważne. – wysyczałam.
- Helena! Pamiętaj, że on nam zabił ojca!
- Gdyby nie ty, może byśmy byli dzisiaj razem. Siedzielibyśmy w ciepłym domu i na pewno nie musiałabym mieszkać u Louisa.
- Moja wina. Ale to ty w nim się zakochałaś.
- Skąd wiesz, że się w nim zakochałam, a nie powiedziałam tego, bo chcę jeszcze żyć? Chcę żyć. A on może mnie zabić za jedno złe słowo. Widzę, jak na niego działam. On przy mnie głupieje. Harry, zaufaj mi.
- Ostatni raz.
- Ja ci zaufałam tyle razy, mimo że…
Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem. Wyleciał przez nie wystraszony Andrew, miał rozciętą brew, z której sączyła się krew. Po chwili wyszło za nim pięciu umięśnionych mężczyzn, w tym trzech miało pistolety. Andy schował się za moimi plecami i przytrzymał moje ramiona, a ja zachwiałam się. Harry spojrzał się na niego z niesmakiem, a ja ze strachem na byczków stojących przede mną.
- Oj, chyba mamy jakieś gołąbeczki. Szefie, ich też odstrzelić?
- Jasne, jak nie możecie się do naszego dłużnika dorwać…
Facet włożył nabój i wycelował lufą w moją klatkę piersiową.
- Louis! To ja, Helen!
Nagle zza jego pleców wyłonił się „mój chłopak”.  Spojrzał się na mnie i machnął ręką na gościa, by opuścił broń. Z jego twarzy nie mogłam wyczytać żadnych emocji. Po chwili Andrew puścił mnie i zaczął uciekać. Przez chwilę mężczyźni stali oszołomieni w miejscu, ale Lou machnął nadgarstkiem i natychmiast rzucili się w pogoń za nim. Ciszę rozdarły trzy krótkie strzały, a potem zobaczyłam w słabym świetle latarni zakrwawione ciało Andrew. Po twarzy pociekły mi łzy. Harry przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.
- Pierwsza śmierć zmienia cię na zawsze. – wyszeptał w moje włosy. Krztusiłam się płaczem, a Louis minął nas i poszedł do nich. Mój brat złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego samochodu. Otworzył drzwi od strony kierowcy i pozwolił mi usiąść, po czym wyciągnął chusteczki z tylnej kieszeni i podał mi. Nadal zanosiłam się szlochem. Nie wiem czemu tak mnie zabolała śmierć nieznajomego. On był obcy, nie zamieniłam z nim ani słowa.
- Wyrzucą go w lesie. Helen, możemy iść. – usłyszałam głos dochodzący z oddali.
- Jeszcze raz coś takiego odwalisz, to…
- To co?
- Zabiję Helen sam. I siebie też.
Zauważyłam jasny błysk w oku Lou. Przez chwilę wyglądał na przestraszonego, ale zaraz wrócił do starego zachowania.
- Dajesz. Nawet teraz. Albo może i nie. Najpierw muszę ją zaliczyć. – wyszczerzył zęby w uśmiechu i wyjął mnie z samochodu.
- Do zobaczenia, Harry.
- Do zobaczenia, Helen.
- Siema, stary.
Zmroziłam chłopaka wzrokiem, a on uśmiechnął się do mnie i wsadził mnie do swojego samochodu, który stał nieopodal. Przez całą drogę nie odezwałam się słowem, chociaż Louis próbował jakoś zagadać. Gdy wjechał na żwirowy podjazd, wyskoczyłam z auta i pobiegłam do swojej sypialni. Złapałam piżamę i poszłam do łazienki. Zmyłam z siebie dzisiejsze doświadczenia. Wyszłam z toalety i poszłam się położyć. Wysłałam ostatnie smsy i odwróciłam się do ściany, by usnąć.
Wtedy drzwi uchyliły się.
- Mogę wejść?
- Wyjdź Louis, zostaw mnie.
Nadal stał w drzwiach. Zapaliłam lampkę nocną i spojrzałam na niego z wyczekiwaniem.
- Tak musiało być. Jeśli tego nie przyjmiesz do wiadomości, nie przetrwasz w tym świecie. Jesteś słaba. – odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami.
To była jedna z niewielu nocy, które spędziliśmy osobno. 

Rozdział IV


Z dedykacją dla Niny. Dziękuję Ci kochanie za wszystko i za to, że mnie nie zostawiłaś, chociaż jestem najbardziej pojebanym człowiekiem na tej półkuli. No dobra, zostają Directionerki ruchające plakaty... XD
With love, Bells x
____________

Otworzyłam oczy i pierwsze, co zobaczyłam, było to, że krzesło stało znowu obok biurka. Wstałam z łóżka i leniwie się przeciągnęłam.
- Dzień dobry, kochanie! Zejdź na dół za chwilę! – usłyszałam z parteru.
Skąd on wiedział, że wstałam? Louis… Przerażasz mnie. Wysunęłam spod łóżka walizkę i wyjęłam kapcie. Moje ulubione, w kształcie głowy lwa. Założyłam długi sweter i wyszłam z pokoju. W domu było zimno. Pewnie on jeszcze nie zdążył napalić w piecu. Zeszłam po schodach. Skręciłam w drugi korytarz z lewej strony, bo z niego dobiegały odgłosy telewizora i smażenia. Weszłam do dużego pomieszczenia, które było kuchnią. On naprawdę miał jakiś kompleks mniejszości.
- Dzień dobry, Louis. Co pichcisz?
- Jajecznicę. Nie jestem może mistrzem, jeśli idzie o kuchnię, ale parę rzeczy umiem sam zrobić.
- Za to jesteś mistrzem, jeśli idzie o kołysanki. Szybko się po nich usypia.
- Dziękuję. Ale ty zawsze szybko usypiasz.
Spaliłam buraka.
- Mam takie małe pytanie… Ten tekst… - usiadłam na blacie kuchennym.
- Tak..?
- Znaczył coś więcej?
Louis odłożył na bok drewnianą łyżkę, którą przed sekundą mieszał jajka. Złapał ścierkę i wytarł o nią ręce.
- Nie. Po prostu… Moja była tak lubiła śpiewać. Lubiła tą piosenkę i to była jedyna kołysanka, która mi przyszła wtedy do głowy.
- Musiałeś ją kochać. Opowiedz o niej coś więcej.
- Nie. Nie ma opcji. To jest… Za ciężkie.
- Kiedyś mi opowiesz, obiecaj.
- Obiecuję.
- A teraz daj te jajka, bo spalisz. – zsunęłam się z blatu i delikatnie popchnęłam Louisa łokciem, po czym złapałam łyżkę i mieszałam nią na patelni. – Dobrze wygląda! Może coś z ciebie wyrośnie…
Louis zaśmiał się i odszedł parę kroków do tyłu, po czym zaszurał krzesłem i na nim usiadł.
- Gdzie trzymasz talerze?
- Nad tobą i dwie szafki w prawo.
Przesunęłam się trochę i sięgnęłam po talerze. Nałożyłam solidne dwie porcje, po czym sięgnęłam do chlebaka i wyjęłam cztery kromki chleba, po dwie na głowę. Zaniosłam je na stół. Postawiłam przed Louisem, który po chwili poderwał się i poszedł po widelce. Podał mi jednego.
- Smacznego. – powiedzieliśmy równocześnie, po czym stłumiliśmy chichot. Jego śmiech był zaraźliwy.
Jedliśmy w milczeniu. Szybko skończyłam, ponieważ zawsze byłam tą, co zjada najwięcej i w najkrótszym czasie. Poczekałam, jak on też skończy jedzenie i zabrałam talerz.
- Szybka jesteś.
- No jasne.
- Szkoda, że nie w bieganiu.
Odwróciłam się i zaczęłam zmywać naczynia, by nie poznał, że na mojej twarzy wykwitł rumieniec. Nagle poczułam czyjeś silne ręce na moich biodrach i czyjeś usta przy moim uchu.
- Przecież ja wiem, jak na ciebie działam. Wiem, że masz rumieniec na policzkach. Uwierz mi, nie jesteś pierwszą, ale także nie ostatnią.
Odłożyłam talerze i wytarłam ręce w tą samą szmatkę, w którą Louis wycierał swoje dłonie jakieś dwadzieścia minut temu.
- Proszę, puść mnie.
Odwrócił mnie do siebie przodem. Jego oczy spoczęły w moich. Czułam się taka malutka.
- Wiesz, na co mam ochotę?
- Na co? – wychrypiałam. Głos powoli odmawiał mi posłuszeństwa.
- Chcę zobaczyć, jak całujesz.
- Nie. Obiecałeś coś.
- To nie jest dobieranie się! Chcę poczuć twoje usta.
- Tylko krok nas od dobierania się dzieli. Nie. To miał być suchy układ.
- I będzie. Ale gdziekolwiek się nie pokażesz, będziesz przedstawiona jako dziewczyna Louisa Tomlinsona. Będziemy się musieli kiedyś pocałować przy ludziach i to będzie wyglądało sztucznie.
Wyrwałam się z jego objęć. Odeszłam parę kroków i szczelniej otuliłam się swetrem.
- Nie będę się z tobą całować. Nigdy. Rozumiesz?
- Mi się nie odmawia, pamiętasz?
- Co mi zrobisz? Zabijesz mnie? Czemu zastraszasz ludzi? Bo inaczej by cię nie szanowali? Wiesz co, mimo wszystko, mimo to, że zabiłeś mi ojca, mimo to, że czasami zachowujesz się jak tępy kutas, szanuję cię.
- Naprawdę? – oparł się o zlew.
- Naprawdę. – podeszłam do niego i objęłam go za szyję ramieniem. – I też wiem, jak na ciebie działam. Nie ukrywaj tego, ja ci się podobam.
- Wcale bo…
Nie dokończył, ponieważ wpiłam swoje usta w jego. Przez chwilę był zdezorientowany, ale po paru sekundach objął mnie w pasie i odwzajemnił pocałunek. Chciał go pogłębić, ale ja zastopowałam. Objęłam go drugim ramieniem. Gdy nie mogłam złapać tchu, odchyliłam się trochę, tylko po to, by spojrzeć się w jego szare oczy.
- I co teraz powiesz?
- Podobasz mi się. Ale to nie jest zauroczenie. – zostawiłam pocałunek na linii jego szczęki. – Może trochę. – pocałowałam go w lekko zarośnięty policzek. – Czemu ci tak na tym zależy? – ucałowałam nos.
Jego usta musnęły moją brodę, po czym przesunęły się trochę wyżej, by musnąć moje wargi. Po chwili jednak przylgnęły całe, a moje serce pompowało krew z zatrważającą szybkością. Odczepiłam się od nich.
- Bo może chcę mieć pewność, czy dobrze ulokowałam uczucia?
- Jeśli o to ci chodzi… Tak, kocham cię. I to jest ciężkie do powiedzenia, i nie wiem czy to jest miłość, ale czuję, że to jest coś więcej.
- Dajmy sobie szansę. Może coś z tego wyjdzie. Kocham cię, Louis.
- Kocham cię, Helen.
Nasze czułości przerwał dźwięk telefonu roznoszący się po całym domu. Chłopak wyrwał się z moich objęć i wyjął z tylnej kieszeni spodni komórkę. Oparł się o blat i odebrał połączenie.
- Cześć. Tak, ja. Na pewno. Będę. O 17? Dobra, nie spóźnię się. Znasz mnie. – puścił do mnie oczko. – Wezmę ją ze sobą. Przygotuj wszystko dobrze. Do zobaczenia.
Schował aparat do kieszeni i gdy napotkał moje pytające spojrzenie, uśmiechnął się.
- Dzisiaj twoja pierwsza próba. Godzina 17, otwarcie restauracji przez mojego kumpla.
- Kumpla?
- Kumpla. Tom zaraz ci coś przyniesie.
- Tom? – usiadłam na blacie i podniosłam brew.
- Mój człowiek. Wysłałem go po sukienkę dla ciebie.
- Skąd wiedziałeś, jaki mam rozmiar?
- Jak spałaś, otworzyłem twoją walizkę…
- Louisss…
- Mów mi Lou. I sprawdziłem rozmiar twoich ciuchów. Mam nadzieję, że będzie pasować.
- Ja też. – ześlizgnęłam się z blatu i poszłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i podeszłam do walizki, by ją rozpakować. Przekładałam ciuchy do szafy, która mimo, że wypakowałam wszystkie ubrania, w połowie była pusta. Westchnęłam pod nosem i poszłam do łazienki. Z kosmetyczki wyjęłam krem i rozsmarowałam go po twarzy.
Usłyszałam z dołu dzwonek do drzwi i okrzyk Lou, że zaraz otworzy. Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam z toalety.
***
- Ślicznie wyglądasz. – Louis szepnął mi do ucha.
- Mówisz mi to pięćdziesiąty raz. Dziękuję i ogarnij się. – odszepnęłam.
Louis mocniej ścisnął moją dłoń i uśmiechnął się do jakiegoś mężczyzny. Pociągnął mnie za sobą i już po chwili witał się z nim. Dość szybko ogarnęłam, że są znajomi, może nawet dobrymi. Czując się trochę niepewnie w nieznajomym towarzystwie, szukałam jego ręki. On musnął moje palce, tylko po to, by je mocniej ścisnąć. Gdy poczułam jego ciepło, od razu się rozluźniłam.
- Ja głupek. Zapomniałem was przedstawić. To jest Andrew. To jest moja dziewczyna – poczułam w jego głosie dumę – Helena. Ta restauracja jest Andrew. Jest z tego dumny.
- Zapraszam was do stolika pod oknem.
- Drugi? – Lou podniósł brew.
- Tak. – Andrew zamaszyście pokiwał głową.
Podeszliśmy do stolika, a „mój chłopak” odsunął krzesło dla mnie. Usiedliśmy.
- Podoba ci się tu?
- Tak. Jest ładnie.
- Twoja sukienka jest ładniejsza.
- Pięćdziesiąty pierwszy raz.
- Eee tam, dzisiaj dojdę do setki.
Sukienka była prosta, o kolorze jasnego różu z wielką, czarną kokardą w pasie i czarnymi motywami roślinnymi na spódnicy. Podobała mi się, ale Louis przesadzał. Nagle zobaczyłam, że ktoś nadchodzi w naszą stronę. Gdy bliżej się przyjrzałam, zauważyłam, że jest to mój brat. On jakby mnie nie dostrzegł i od razu podszedł do chłopaka siedzącego naprzeciwko mnie.
- Miałeś ją pilnować. Chronić. A nie takie jazdy odstawiasz. – wysyczał, ledwo trzymając się, by nie przyłożyć Louisowi.
- Spokojnie, nic się nie dzieje…
- Czemu jest niebezpiecznie?
- Siostra, słuchaj mnie. Cały lokal jest obstawiony sługusami Louisa. Oni zabiją Andrew jak tylko wyjdzie. Mogą tu zginąć niewinni ludzie, w tym ty. Miałeś jej tutaj nie przyprowadzać.
- Louis, to prawda? – chłopak wstał i poklepał mojego brata po ramieniu.
- Młody, zabawa się dopiero rozpoczyna.
xX

sobota, 18 maja 2013

Rozdział III

Helen jeszcze dużo razy będzie usypiała w "najgorętszych momentach". I migreny, i te sprawy... No dobra, nie spojleruję :'D
_____________________

Niepewnym krokiem weszłam do holu. Był wielki. Na podłodze leżały drewniane panele ułożone w jodełkę. Przeszłam trochę dalej i obróciłam się dookoła własnej osi.
- Ale tu pięknie.
- Zdejmij buty zanim wejdziesz dalej.
Postawił walizkę i schował rączkę, po czym rozwiązał sznurówki i zdjął buty.
- Pokażesz mi dom czy mam sam odkryć, gdzie co jest? – zapytałam go, gdy ściągałam tenisówki.
- Pokażę. Od razu zaniosę twoją walizkę. – złapał torbę pod pachę i ruszył z nią na schody. Podążyłam za nim. Przeskakiwał po trzy schodki naraz. W końcu stanął na górze i spojrzał się w dół na mnie.
- Co tak wolno leziesz? – rzucił oschle.
Stanęłam jak wryta. Dziesięć minut wcześniej poznałam innego Louisa. Żeby go nie denerwować z samego początku, szybko wbiegłam na piętro.
- A więc… Dom ma dwa piętra. Na końcu są schody na drugie piętro, ale ty będziesz spać na pierwszym. – otworzył wyglądające na solidne drzwi – I nie widzę żadnego racjonalnego powodu, bym cię widział na drugim. Zrozumiano?
- Tak.
- Dzisiaj oprowadzę cię po dworzu, a jutro po mieszkaniu… Tak chyba będzie lepiej. – otworzył drzwi trzywiekowej szafy i włożył do niej walizkę. – Później się rozpakujesz. – podniósł na mnie oczy, a na jego ustach pojawił się półuśmiech, który zaraz znikł. – Chodź.
Minął mnie w drzwiach, jakbym była powietrzem i zbiegł na dół. Postarałam się dotrzymać mu kroku, ale i tak byłam zbyt wolna. Louis pokręcił głową z niezadowoleniem i przeszedł do kuchni. Rozpostarł szklane drzwi i wyszedł przez nie, przytrzymując je z drugiej strony. Przeszłam przez próg i zobaczyłam ogród. Jeśli to była jego zasługa… Nie wierzyłam, że ktoś tak podły i zły mógł stworzyć coś tak pięknego.
- Dwa razy w tygodniu przychodzi ogrodnik.
- Niszczysz marzenia.
- Takie moje przeznaczenie. – sięgnął ręką po białą różę. Jednym ruchem wyjął z kieszeni scyzoryk, a drugim uciął łodygę. Odwrócił się do mnie i wyciągnął rękę z kwiatem. – Na dobry początek. – uśmiechnął się, a kolana się pode mną ugięły.
- Dziękuję. – odwzajemniłam uśmiech i ruszyliśmy żwirową ścieżką przez labirynt z żywopłotu.
- To teraz, skoro już trochę wiesz, trzeba parę spraw wyjaśnić. Otóż sprawa pierwsza. Jesteś ładną dziewczyną, z którą można się pokazać. Nie kocham cię, ale fajnie będziesz się prezentować. Druga sprawa. Jeśli się boisz o swoje dziewictwo, możesz spać spokojnie. Nie będę się do ciebie dobierał. No chyba, że sama będziesz chciała. – puścił mi oczko, a ja natychmiast spurpurowiałam – Trzecia sprawa. Będziesz ze mną mieszkać, dopóki mi się nie znudzisz, a potem zobaczymy… Brnijmy dalej. Nie będę ci przeszkadzał w edukacji. Lubię, kiedy dziewczyny są wykształcone, a nie jak te tępe lampucery, które trafiały mi się wcześniej. – wzdrygnął się – Po piąte. Kontakty z rodziną. Mhmm… Telefony do woli, ale tylko pod moim okiem. Nie chcę, żebyś im tam coś gadała. Wiesz, jeszcze jakiś odwet czy co, a po co to nam…? Odwiedziny raz w miesiącu. No chyba tyle, jakieś pytania?
- Wszystko mi będziesz sprawdzał? SMS’y, e-mail’e, wiadomości z komunikatorów?
- Niee. Chyba, że zawiedziesz moje zaufanie. Widzisz, wszystko jest kwestią twojego zachowania. Chyba Harry ci już o tym mówił, co nie?
- Mówił. Ale ja nadal nie wiem, na co cię stać.
- Odkryjesz to.
Uśmiechnął się, po czym odwrócił się na pięcie i poszedł w kierunku wielkiej huśtawki ogrodowej.
- Nawet takie rzeczy masz? No proszę…
- Dalej masz basen. Chodź no tu. – poklepał miejsce obok siebie, a ja posłusznie usiadłam.
Wtedy zobaczyłam wcześniej wspomniany basen. Był ogromny, jak wszystko w tym domu. Obok niego rosła rozłożysta wierzba, a pod nią stał grill.
- Masz kompleks maleńkości czy co? Wszystko jest takie ogromne.
Spojrzał się na mnie i wybuchł śmiechem.
- Nie, nie mam. Po prostu… Długa historia, może kiedy indziej.
Odchylił się na siedzeniu. Ręce splótł w kołyskę i przytrzymywał kolano.
- Opowiesz mi coś o sobie? – zapytał.
- Chyba wiesz o mnie wszystko.
- Nie wiem, i to mnie boli. Szczerze, to nie powinnaś mnie zbytnio interesować, ale w końcu będziemy mieszkać pod jednym dachem, więc…
- Wcześniej nikt z tobą nie mieszkał?
- Była taka jedna… Ale nieważne. Nad resztą miałem stałą kontrolę.
- Czemu mnie nie zostawiłeś w domu?
- Z opowieści twojego brata wiem, że jesteś harda i mogłabyś uciec. A nie mam ochoty szukać następnej odpowiedniej.
Odetchnęłam głęboko i odprężyłam się na huśtawce. Przymknęłam oczy i zaczęłam machać nogami, a pod nosem nuciłam jakąś piosenkę, która ostatnio leciała w radiu. Usłyszałam tłumiony chichot i uchyliłam powiekę. Louis zakrywał sobie usta i przyglądał mi się z ciekawością. Zacisnęłam oczy. Poczułam, jak Louis przytula mnie do siebie. A więc nic dla ciebie nie znaczę, hę? Nie mam siły w to wierzyć. Oparłam głowę o jego tors i zasnęłam. Straszny ze mnie śpioch, a dzisiaj tyle rzeczy się wydarzyło. Byłam po prostu zwyczajnie zmęczona.
***
- Czy Helen będzie w stanie sama się dociągnąć do łóżka czy zanieść? – ze snu wybudził mnie aksamitny głos. Chciałabym się tak codziennie móc budzić.
- Dociągnę się. Nie potrzebuję twojej łaski. – gdy zobaczyłam, że leżę na nagim torsie Louisa, natychmiast się wyprostowałam. – Jak to zrobiłeś?
- Co?
- Zdjąłeś koszulkę, kiedy spałam?
- Gorąco było, a ja poszedłem popływać. – zobaczyłam, że ma na sobie tylko bokserki. Mokre bokserki. Czyli nie kłamał.
- Nie obudziłeś mnie, – wstałam z huśtawki – poszedłeś popływać i wróciłeś, po czym ułożyłeś mnie jak wcześniej..?
- Zaczęłaś mnie wołać przez sen, a że nie chciałem byś się obudziła…
Spaliłam buraka, a chłopak natychmiast przestał mówić.
- Wiesz, jest już trochę późnawo, więc może lepiej chodźmy do domu… Cud, że komary jeszcze nie tną.
Weszliśmy znowu do wielkiego holu, po czym zrobiliśmy wyścigi ‘Kto pierwszy na górę’. On był pierwszy.
- A teraz zwycięzca idzie na górę. Myć się i spać.
- Dobranoc. – uśmiechnęłam się do niego, ale on nie odwzajemnił uśmiechu ani ‘Dobranoc’. Zbiło mnie to z tropu. Poszłam do swojej sypialni. Przyjrzałam się pokojowi. Był urządzony w takim klasycznym stylu. Większość mebli, oprócz łóżka, było wzięte z antykwariatu i kosztowały pewnie niemało.
Wyciągnęłam walizkę z dwudrzwiowej szafy i rozsunęłam ją, po czym wyjęłam piżamę i kosmetyczkę. Wyszłam z pokoju i zaczęłam się zastanawiać, za którymi drzwiami może być łazienka. Nie chciałam być jakoś niemiła czy coś, żeby tak od razu rozgaszczać się w cudzym domu, ale musiałam znaleźć toaletę. Otworzyłam drzwi naprzeciwko, a tuż za nimi zobaczyłam sanitariat.
- Za pierwszym razem. – powiedziałam do siebie i zadowolona weszłam pod prysznic.
***
Siedziałam na łóżku i smsowałam z Harry’m oraz Margaret. Nagle usłyszałam, że ktoś naciska na klamkę. Szybko wrzuciłam telefon pod poduszkę i położyłam się na niej, udając, że próbowałam usnąć.
- Przede mną nie musisz udawać. Tutaj możesz być sobą. – znowu usłyszałam ten głos, który sprawiał, że na plecach miałam ciarki.
- Co ma do bycia sobą udawanie snu?
- To, że możesz pisać do późna. Nie będę miał o to pretensji.
Po chwili stał w drugim końcu pokoju i podnosił krzesło. Przyniósł je blisko mojego łóżka.
- Pierwsza noc może być ciężka. – złapał mnie za rękę. – Będę tutaj, dopóki nie uśniesz.
- Czemu? Przez ciebie nie będę mogła się skupić.
- Na zasypianiu? – uśmiechnął się.
- Tak. – wyszarpnęłam swoją dłoń z jego i natychmiast tego pożałowałam. Było tak fajnie, a ja to skopałam. Znowu. Odwróciłam się do niego plecami, a twarzą do ściany. Naciągnęłam na siebie kołdrę i przycisnęłam twarz do poduszki. Louis prychnął.
- Mam sobie iść, to się znaczy?
- Nie! – gwałtownie zwróciłam się w jego kierunku.
Uśmiechnął się.
- Mogę cię potrzymać za rękę?
- Możesz.
- Mogę ci zaśpiewać kołysankę?
- Jeśli chcesz.
- Ale ty chcesz?
- Chcę.
- Śpij i zamknij oczy śnij - śnij
Śpij i zamknij oczy śnij - śnij
A ja będę twym aniołem
Twą radością, smutkiem, żalem
Będę gwiazdą na twym niebie
Będę zawsze obok Ciebie
Jak, wytłumaczyć Tobie mam
Że jesteś wszystkim, tym co mam
Tym co jest dobre i co złe
Śpij i zamknij oczy śnij - śnij
Śpij i zamknij oczy śnij - śnij
A ja będę twym aniołem
Twą radością, smutkiem, żalem
Będę gwiazdą na twym niebie
Będę zawsze obok Ciebie…*
______________
*tekst z piosenki Sumptuastic  - Kołysanka

xX

środa, 15 maja 2013

Rozdział II

- Co tu się właściwie stało? – spojrzałam się pytającym wzrokiem na mamę i brata.
- Znowu się odgraża. Ale tym razem zrobiło się poważnie. – Harry rozłożył ręce w geście bezsilności.
- No co ty nie powiesz?
W czasie, gdy my toczyliśmy słowną potyczkę, moja mama wpatrywała się tępo w jeden punkt na ścianie.
- Powiem, nie powiem, nie ma to znaczenia. Jeśli z nim nie pójdziesz, to cię zabije.
Pierwsza łza.
- Gdzie ja mam z nim pójść? Żyć? Jak mam z takim potworem żyć?
Druga łza.
- Na razie musisz z nim zamieszkać. Nie widzę innego wyjścia.
- A co jeśli się nie zgodzę?
- Zginiesz, tak jak tata.
- Kto za to wszystko odpowiada?
Histeria. Nie wiem jak inaczej opisać to, co zrobiła moja mama. Uderzyła pięścią Harry’ego w brzuch i zaczęła mnie mocno przytulać, jakby nie chciała mnie nigdy wypuścić. Jednak czas naszego pożegnania był wyznaczony – piątek, trzynastego maja. Objęłam roztrzęsioną kobietę i znad jej czarnych loków spojrzałam się z wyrzutem na brata, jednak mój wzrok po chwili złagodniał. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczę. Pokazałam mu ruchem głowy, aby się zbliżył. Chłopak zacisnął wargi i spuścił głowę. Wahał się. Wiedział, że to jego wina. Bał się. Każde z nas się bało. Mieliśmy tylko siebie i po raz kolejny starali się nas rozdzielić. Harry niepewnie podszedł i przytulił nas.
Nie wiedziałam, jak Louis będzie mnie traktował. Nie wiedziałam, czy będę mogła kontaktować się z rodziną. Wiedziałam, że nie mogę mu się postawić, ale jednocześnie nie dam sobą pomiatać. Jestem Hellena Styles, a to nazwisko do czegoś zobowiązuje. Będę walczyć o swoich bliskich, chociażby za cenę życia.
Odkleiłam się od dwójki najbliższych mi osób i patrzyłam się na nich, jakbym chciała wyryć sobie w pamięci każdy detal ich twarzy.
- Wiem, że ten tydzień jest moim ostatnim „na wolności” i chcę go przeżyć jak należy.
Harry głośno przełknął ślinę.
- Lub ostatnim w twoim życiu. Jego zachowanie jest wielką niewiadomą.
- Nie przypominaj mi o tym.
Wyminęłam ich i poszłam do dużego pokoju. Mama i brat poszli za mną. Chłopak położył się na dywanie i przymknął oczy. Moja rodzicielka usiadła przy stole i bębniła palcami w blat stołu. Cisza, przerywana tylko miarowym uderzaniem o drewno, zapadła w całym domu. Nikt nie słuchał radia ani nie oglądał telewizji. Czułam się, jakby coś tu umarło.
Bo teoretycznie umarło. A tym czymś byłam ja.
Stałam jak słup soli pośrodku pomieszczenia. Podeszłam do stołu. Odsunęłam krzesło i ciężko się na nie osunęłam. Wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, mama podskoczyła na swoim miejscu i się podniosła. Przeszła przez cały salon do biblioteczki. Zaczęła jeździć palcami po grzbietach albumów. Nie mogła dosięgnąć właściwego. Zanim zdążyłam wstać, Harry już stał przy niej i zdejmował odpowiedni.
- Dziękuję. – wyszeptała i obdarzyła go uśmiechem, a on odpowiedział jej tym samym. Wyjęła z jego rąk album i położyła go na stole. Zaczęła przerzucać strony. Przez ułamki sekund widziałam całe moje życie. Ukończenie pierwszej klasy, pierwszy raz w ZOO, pierwszy raz na nartach. W końcu mama dotarła do końcowych kartek. Tata z nowonarodzoną mną.
- Wiecie, Charles był taki dumny, że ma syna i córkę. Kochał dzieci. To jest nadal trudne, ale… Harry. Jestem świadoma tego, że tata wie, że nie zrobiłeś tego specjalnie. Jak raz wejdziesz w bagno, nie ma z niego ucieczki. Sądzę, że on ci wybaczył. I ja to chcę zrobić. – podeszła do niego i pocałowała w czoło. Harry’emu, pierwszy raz od pogrzebu taty, po policzkach pociekły łzy.
***
Z tyłu spodni wystawała mi dobrze pomiętolona kartka. W prawej ręce trzymałam rączkę od walizki. Moja mama cały czas wydmuchiwała nos w chusteczkę.
- Och, mamo. Będę do was dzwonić codziennie i odwiedzać w miarę możliwości.
- O ile Louis ci pozwoli.
Zmroziłam brata wzrokiem. Ostatni raz przed wyjściem przytuliłam mamę i zapewniłam, że wszystko będzie dobrze. Odsunęłam się od niej tylko po to, by wpaść w objęcia Harry’ego. Popłakał się na moim ramieniu i przepraszał. Był roztrzęsiony. Próbowałam po sobie nie dać poznać, jak cholernie się boję. Otworzyłam drzwi i na podjeździe zobaczyłam szarego Mercedesa. No, no. Ma dobry gust.
Gdy tylko przekroczyłam próg, z samochodu wyłoniła się osoba postawnego mężczyzny o niedbale ułożonych włosach. Jego czarny t-shirt odstawał od ciała, ale jeansy przylegały idealnie.
- Dobrze wybrałaś. Dzięki tobie nikt z twojej rodziny nie ucierpi.
Odwróciłam się i zobaczyłam, jak Harry stoi w oknie i zaciska pięści.
- Jeden warunek.
- Słucham, kochanie.
- Dasz mojemu bratu spokój.
Na jego twarzy zamalowało się zdumienie. Chyba nikt jeszcze w życiu nie odezwał się do niego tak zuchwale. Natychmiast ugryzłam się w język, ale było już za późno. Podszedł do mnie i wtedy mogłam zobaczyć, że jest ode mnie sporo wyższy.
- Czego chcesz...?
- Chcę, żeby mieli normalne życie. Tylko tyle.
- Zgoda. – wyciągnął dłoń. Uścisnęłam ją.
Coś za łatwo poszło.
- Żadnego haczyka?
- Mogę dać im spokój, skoro dostałem to, czego chciałem. – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zamierzałem się na ciebie od tak dawna, ale twój brat zawsze był sprytniejszy. Jednak tym razem postanowiłem być upartym. No ale cóż, zapraszam cię do samochodu. Daj, wezmę.
Położył swoją dłoń na mojej i delikatnie wysunął z niej rączkę od walizki. Podszedł do auta, otworzył bagażnik i wpakował torbę do środka. Przeszedł do drzwi od strony pasażera, które uchylił i gestem ręki zaprosił mnie do środka. Wślizgnęłam się do auta. Po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi z drugiej strony.
- Hmm… A gdzie ty właściwie mieszkasz?
- W tym mieście. – uśmiechnął się. – Zaraz zobaczysz.
Spojrzałam się po raz ostatni na swój rodzinny dom. Pomachałam Harry’emu stojącemu w oknie, a on mi odmachał. Mama pewnie siedziała w łazience i płakała.
Oglądałam mijane przez nas domy i uliczki. W końcu wjechaliśmy w malownicze osiedle.
- To tutaj…? – zapytałam, bo domki zapierały dech w piersiach.
- Nieee.
W końcu skręcił w mały lasek. Przejechaliśmy parę metrów i…
No właśnie. I. Jak opisać ten dom, który właśnie zobaczyłam? Kremowy, dwupiętrowy budynek z ładnym ogrodem i pięknymi oknami. Nie wiem, co mnie w tym urzekło. Wysiadłam z auta i nie wiedziałam, jak się porusza nogami. Oparłam się o samochód. Nagle usłyszałam cichy chichot.
- Podoba ci się, kochanie?
- Taaak, chyba tak…
- Wszystko jest okay? – pomachał mi ręką przed oczami.
- Nie wiem, jak się chodzi.
Wybuchł śmiechem.
- To nie jest śmieszne.
- Już, dobrze, już. – złapał się za brzuch, jednak po chwili wyprostował się i stał się znowu tym poważnym, groźnym Louisem. – Kiedyś oglądałem bajki i tam było, jak księciowie wnosili swoje księżniczki do zamków. – złapał mnie pod kolana i plecy, a po chwili wisiałam na jego ramionach.
- Nie jesteś moim księciem, wiesz?
- Ale ty jesteś moją księżniczką. – bez zbędnych, jego zdaniem, ceregieli pocałował mnie w usta. Jednak ja po chwili przerwałam ten pocałunek, bo odsunęłam swoją twarz od jego.
- Postaw mnie.
- Dobrze.
Gdy dotknęłam stopami żwirku, poczułam się lepiej. Mężczyzna złapał moją walizkę i niósł ją na plecach. Podeszłam do wielkich, białych drzwi i się zawahałam.
- Otwórz, otwarte są.
- Obiecaj mi jedno.
- Słucham? – postawił walizkę obok nogi i oparł się o nią.
- Dzisiaj bez żadnych pocałunków ani tym podobnych. Zrozumiano?
- Jasne. Jeden buziak albo zamknę cię w schowku na miotły.
Przelotnie cmoknęłam go w policzek, ale zauważyłam, że nawet ten całus był w stanie wprowadzić go w euforię. Nacisnęłam mosiężną klamkę.
xX

poniedziałek, 13 maja 2013

Rozdział I

- Braaaaat! – otworzyłam drzwi na całą szerokość, a one z trzaskiem odbiły się od ściany.
Zobaczyłam Harry’ego siedzącego na krześle biurowym i liczącego jakieś papierki. Pokazał mi palcem, żebym była cicho. Oparłam się o framugę i poczekałam, aż skończy swoją robotę. Wyrównał plik banknotów o stół i odłożył z boku. Odwrócił się w moją stronę i założył nogę na nogę.
- Słucham?
- Znowu. Debilu, jak mogłeś? – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
- Ale o co ci chodzi? – spojrzał się na mnie z miną niewiniątka.
- O TO MI CHODZI! – wskazałam palcem pliczek leżący obok niego. – Tata przez to zginął, kto ma być następny, byś zrozumiał, że masz się wycofać?!
- W tym problem… Ja się nie mogę wycofać.
- Powiadasz?
- Powiadam. – wstał i idąc do mnie, przejechał dłonią po stole. – Raz wkroczysz do tego świata i nie ma ucieczki. Jedynym wyjściem jest śmierć, a ja nie chcę jeszcze umierać i ty o tym wiesz.
Przystanął na środku pokoju i zaczął jeździć dłonią po ręce. Zawsze tak robił, gdy był zdenerwowany. Każdy w tym domu był świadomy, że jego życie wisi na włosku. Tata już nie żył. A wszystko to wina tego oto człowieka, który stał przede mną.
Co ja gadam. To nie jego wina. To wina Louisa.
On z zimną krwią zastrzelił mojego tatę, gdy ten po całym dniu wracał zmęczony z pracy. Widziałam go na oczy ze dwa razy w życiu, ale nigdy nie miałam okazji z nim zamienić choćby słowa. I tak wiedziałam, że jest najgorszą świnią, jaka stąpała po ziemi.
Nie obrażając świń, oczywiście.
A czemu mój tata zginął? Bo mój brat nie dostarczył mu kasy na czas. Od tamtego czasu pilnuje się strasznie, ale i tak już zapowiedział, że jeśli znajdzie jakiś przekręt… Następną będę ja. Bałam się codziennie wychodzić na uczelnię czy z niej wracać, nie mówiąc o wyjściu gdzieś z kumpelami. Takie życie nie było normalne. Co ja mówię. To nie jest życie, to tylko wegetacja.
- Wiem. Ale ja też nie chcę umierać. Obiecałeś mi, że skończysz.
- Obiecałem ci to, zanim zrozumiałem, w co się wpieprzyłem. Helen, zrozum…
- Nie rozumiem. Narażałeś ojca, nie żyje, teraz narażasz mnie i mamę. Wiesz, jak to się może skończyć?! – krzyknęłam i uciekłam stamtąd.
Trzasnęłam głośno drzwiami od swojego pokoju i osunęłam się po ścianie. Było mi słabo. Nie wiedziałam, czy mam ryczeć czy uciekać stąd. To chyba byłoby jedyne wyjście. Spakować się i uciec. Przed oczami miałam mroczki. Podparłam się rękoma, żeby nie upaść całkowicie. Zacisnęłam powieki i starałam się utrzymać pozycję siedzącą. W końcu nie wytrzymałam i położyłam się na podłodze. Ciężko oddychałam i obserwowałam, jak moja klatka coraz wolniej unosi się i opada. Przewróciłam się na bok i poczułam silny ból głowy. Złapałam się za skronie i powoli podniosłam. Przez sekundę nie mogłam złapać równowagi, ale gdy już się wyprostowałam, usłyszałam głos mojej mamy dochodzący z kuchni. Wyszłam z pokoju i skierowałam swoje kroki do apteczki, by sięgnąć po jakiś środek przeciwbólowy.
- Cześć Helen, jak tam na uczelni?
- Cześć mamo. A żyję, jak widzisz. – uśmiechnęłam się, ale po chwili skrzywiłam, bo pulsujący ból w czaszce stał się nie do wytrzymania.
- Co się dzieje? – mama podeszła do mnie i przytrzymała moją dłoń.
- Migrena. Ja się idę położyć. – złapałam czerwone opakowanie i wysunęłam się z matczynych objęć. Przeszłam próg mojego pokoju i położyłam się na łóżku. Chwyciłam blister i wycisnęłam z niego jeden proszek. Po chwili zastanowienia na moją rękę upadł kolejny. Połknęłam je bez popijania i wtuliłam głowę w poduszkę, starając się zasnąć.
***
- Słuuuucham?! – przeciągły krzyk mojej mamy przeciął ciszę panującą w mieszkaniu.
Daj spać ludziom, mamo.
- Mamo, uspokój się… - opanowany głos mojego brata nie był w stanie uspokoić mojej mamy.
- Jak mam się uspokoić?! Po tym, co on powiedział?!
Zaraz. Jaki on? Ile spałam? Wyciągnęłam telefon z kieszeni. Jest 20:47. Spałam 3 godziny. Przeciągnęłam się na łóżku i podsłuchiwałam rozmowę.
- Och, proszę pani. Jestem pewny, że u mnie będzie miała lepiej. A poza tym… Nie wiem co jest lepsze. Zabrać ją czy zabić. Wolałbym, żeby żyła. Harry kiedyś pokazywał mi jej zdjęcia. Ładna dziewczyna, idealna, by się gdzieś z nią pokazać. Żal taką w trumnę chować…
Wyprostowałam się automatycznie. Poznałabym ten głos wszędzie. Na dodatek ten głos mówił o mnie. Podniosłam się z łóżka i podeszłam do drzwi. Uchyliłam trochę, by lepiej słyszeć rozmowę. Zobaczyłam, że przy stole siedzi Louis. Był bardzo spokojny. Nie to co moja mama. Miała zaciśnięte pięści i wyglądała, jakby tylko czekała, by zaatakować chłopaka siedzącego naprzeciwko niej. Harry z pozoru był spokojny. Widziałam, jak na jego umięśnionych rękach pokazują się żyły.
- Może i tak... Ale ja nie oddam ot tak mojej córki byle łachudrze.
- Macie tydzień na podjęcie decyzji. Potem przyjeżdżam. Jeśli nie będziecie chcieli jej oddać, to zastrzelę Helen i panią. Jak oddacie ją... Będzie miała lepsze życie. Bezpieczniejsze. Dokładniejsze warunki naszej umowy dostarczy jutro Parker. Żegnam panią. - ukłonił się przed moją mamą. - Cześć, Harry.
Nie wiem, czemu to zrobiłam. Wybiegłam stamtąd i stanęłam przed wychodzącym mężczyzną.
- Nigdzie nie pójdę. Rozumiesz?
Spojrzał się na mnie i wybuchnął śmiechem, jednak po chwili jego twarz na powrót stała się poważna i nieprzejrzana.
- Kochanie... Za to też Cię lubię. Za tą upartość. - pogłaskał mnie po policzku, ale ja natychmiast strząsnęłam jego dłoń. - Mam nadzieję, że trochę stopniejesz.
Musnął moją dłoń, gdy mnie mijał. Poczułam chłód w palcach.
- Do zobaczenia, Hellena.
xX

Prolog


Wbiegłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi. Po cichu, kulturalnie. Podeszłam do okna i przyłożyłam czoło do rolety, którą zasłonięta była szyba. Łza poleciała mi po policzku.
To wszystko jego wina. Wina mojego starszego brata, który zamiast mnie chronić, pozwolił trafić tutaj.  Gdyby nie on, tata żyłby. On, mój starszy brat, który teoretycznie powinien mnie chronić. W pełni teoretycznie. Na parapet kapnęła kolejna łza. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi, które po chwili stało się głośniejsze, a po dwóch minutach było tylko zwykłym dobijaniem się.
- Czego chcesz?
- Chciałbym cię przeprosić.
- Za co niby? – znowu wysyczałam.
Chłopak za drzwiami westchnął i odszedł od nich. Myślałam, że dał mi spokój. Myliłam się. Przyszedł znowu i zaczął czymś dłubać w zamku. Po chwili zamknięcie pyknęło, a on wskoczył do środka. Podszedł do mnie od tyłu i położył ręce na moich biodrach. Przysunął swoją twarz do mojej i pocałował w policzek. Usłyszałam, jak się oblizuje.
- Płakałaś. Przepraszam. Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić.
Odwrócił mnie przodem do siebie. Cały czas miałam zaciśnięte powieki. Nagle poczułam, że podnosi mnie za uda do góry. Posadził mnie na mokrym parapecie. Otworzyłam oczy i spojrzałam się w jego. Dostrzegłam w nich troskę i miłość. Nie to co wcześniej. Znikł chłód, znikło znudzenie. Widziałam swoje odbicie w tych szarych, błyszczących oczach Louisa. Pierwszy raz było mi dane to zobaczyć. I prosiłam Boga, żeby to nie był ostatni.
- Helleno Styles. W życiu nie skrzywdziłbym cię.
- Nie no, wcale.
Przejechał palcem po moim policzku, starając się zetrzeć łzy, których było coraz więcej. Zacisnęłam powieki i pochyliłam głowę.
- Nie wierzysz mi.
- Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś?
Zacisnął wargę. Przycisnął moje uda do parapetu.
- Przepraszam.
- Przeprosiny nie wystarczą.
- Co mam zrobić?!
Odsunął się ode mnie i rozłożył ręce w geście bezradności. Na jego czole pojawiły się zmarszczki.
- Puść mnie wolno.
- Nie zrobię tego. A wiesz dlaczego? – przysunął się do mojego ucha i szepnął prosto w środek – Bo od niedawna należysz tylko do mnie, mała.
xX

Cześć :)

Na tym blogu będę umieszczała mojego fanfick'a. Nie zrobię zakładki w stylu 'Postacie' czy coś. Chcę, żeby każdy mógł zobaczyć, jaka dana postać jest i jakie ma znaczenie w opowiadaniu. Dziękuję za każde wyświetlenie i komentarz xX