czwartek, 19 września 2013

Hej, przepraszam.

Dobra, musiałam to napisać bo nie chcę was dłużej trzymać w niepewności czy coś.
A więc, to opowiadanie przypomina mi o pewnym okresie mojego życia, którego niezbyt chcę pamiętać. Nie chcę pamiętać osoby, dla której to opowiadanie pisałam.
Dlatego zawieszam bloga.
Będę pisać ale w trochę wolniejszym tempie.
Ja was naprawdę bardzo przepraszam, ale nawet nie wiecie jak boli każde wspomnienie... Po prostu...
Nie będę się rozczulać.
Przepraszam was najmocniej i do zobaczenia :)
Paulie .xx

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział XV

- Kochanie, pomóż mi.
Spojrzałam się na wchodzącego do salonu Louisa. Niezawiązany krawat zwisał na jego szyi.
- Kto ci wcześniej wiązał krawaty, co?
Podniosłam się z kanapy i podeszłam do niego, po czym poklepałam po klapach garnituru.
- Sam, ale że dawno tego nie robiłem to zapomniałem. 
- Nie jestem facetem, a umiem wiązać krawat, co ze mną jest nie tak?
- Jesteś wyjątkowa.
Spojrzałam się na niego spod oka.
- Taaa... Dziękuję. Gotowy jesteś?
- Buty muszę założyć, nie martw się, nie zapomniałem jak się wiąże sznurówki. 
***
Źle się czułam w gronie nieznanych mi osób. Znajomi, krewni i przyjaciele Trevora tłumnie przybyli na jego pogrzeb. Z tego grona kojarzyłam ledwo trzy osoby. Mojego brata, Parkera i Toma. Zaczęłam się zastanawiać jak Parker ma na imię, ale uświadomiłam sobie, że tutaj prawie wszyscy mówią do siebie po nazwisku i imiona nie liczą się zbytnio. Przestałam się przejmować i rozejrzałam się po świątyni. Przez witraż wpadały smugi światła, które wypełniały powietrze i rzucały kolorową poświatę na stare, drewniane ławki, które skrzypiały przy co drugim oddechu. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie. Po chwili na środek wyszedł pastor i wygłosił poruszającą mowę na temat zmarłego. W jego głosie pobrzmiewał fałsz. Także po minie Louisa mogłam się zorientować, że jeśli pastor nie kłamie, to dobrze nagina prawdę. Gdy duchowny skończył mówić, mężczyzna poderwał się z miejsca i podszedł do mównicy. Poprawił mikrofon i głęboko odetchnął. 
- Mój ojciec nie był tak idealny jak przedstawił go pastor. 
       Urwał i pomasował skronie. Podniósł oczy i spojrzał się na dębową trumnę, którą ledwo było widać spod kwiatów. Harry ścisnął mój nadgarstek.
- Nie pił, nie znęcał się nade mną czy moją świętej pamięci mamą. Ciężko pracował, był uczciwy itepe. Jednak nigdy nie zaznałem u niego takiej... Ojcowskiej dobroci? Nigdy nie przytulił mnie, może ze dwa razy gdy jeszcze nie umiałem siedzieć. Nauczył mnie dużo rzeczy, za które Ci tato dziękuję, ale dużo zostało niedopowiedziane i tego nie nadrobimy. Przez rok... Nie nadrobisz prawie trzydziestu lat. 
        Oczy mu się zaczerwieniły, ale zaraz je przetarł. Po raz kolejny był tym bezbronnym, małym dzieckiem, które potrzebowało miłości i opieki.
Której nie dostał. Którą dawała mu tylko matka. Którą utracił parę lat temu. Którą myślał, że dostanie u Karen. Której nigdy od niej nie otrzymał.
- Wcale... Było nam dobrze. Było dobrze tak, jak było. Nie zmieniłbym nic. Zapamiętam Cię tato, jako tego faceta, który w każdą niedzielę zrywał mnie o czwartej rano, by godzinę później moczyć wędkę w oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów jeziorze. Jako tego faceta, który nauczył mnie wiązać krawat w trzeciej klasie, gdy miałem nieść sztandar, a mama miała złamaną rękę. Zapamiętam tylko te dobre wspomnienia. Dlaczego? Bo wiem, że Ty tak chciałeś. I jedyne, co mogę teraz zrobić to Ci przebaczyć. I Ciebie proszę, byś mi wybaczył, nieważne, gdzie teraz jesteś.
     W świątyni ktoś zaczął pociągać nosem, a po chwili trzy razy kichnął. Louis oderwał wzrok od trumny i przebiegł wzrokiem po tłumie. Zdawało mi się, że na jednej osobie zatrzymał się dłużej, ale stwierdziłam, że to tylko z powodu znalezienia osoby, która się wzruszyła.
- Byłem dla Ciebie oschły, ale nie potrafię inaczej się zachowywać. Nie nauczyłeś mnie tego. O tym zapomniałeś. Gdybym miał syna, nie wiem czy będzie miał ze mną dobrze. Będę starał się jak najlepiej, ale... Nie mam na kim się wzorować. Przepraszam, ale nie byłeś ani nie jesteś moim wzorcem idealnego ojca.
     Podszedł do trumny i pocałował ją, po czym usiadł obok mnie.
Mówił nieskładnie, ale szczerze i to się liczyło. Nieważne, czy ktoś go zrozumiał. Najważniejsze, że Trevor go usłyszał. 
***
Przeszłam przez pomost i doszłam do mężczyzny siedzącego w garniturze. Nie przebrał się po uroczystości. Usiadłam obok niego i patrzyłam, jak wypija łyk z butelki.
- Źle odbywam żałobę i dobrze o tym wiem. Źle się zachowywałem przed jego śmiercią. Czasu jednak nie cofnę, a jakby nawet, nie zmieniłbym nic.
W zamyśleniu patrzył na spokojną taflę jeziora. Wieczór był wyjątkowo ciepły. 
- Bo ja już raz przeżyłem tą żałobę. - w jego głosie pojawiło się drżenie - Mam dość takiego... Smutku. Ciągłego... Nie jest mi smutno po jego śmierci, bo mój tata nie żyje już cztery lata. Wszyscy go teraz będą wychwalać, a ja nie. Bo mnie matka nauczyła być prawdomównym.
- Wiesz dlaczego ludzie tak uwielbiają zmarłych? 
- Ciągle mnie to zastanawia. - wypił trochę piwa i odstawił obok siebie butelkę. Oparł się z tyłu na otwartych dłoniach. 
- Martwi już w niczym im nie mogą przeszkodzić. Nie mogą mówić, więc nie powiedzą swojego zdania, często sprzecznego z opinią ogółu.
- Może masz i rację, jednak ja dalej wiem, że zachowuję się dziwnie. 
- Jak dla mnie, po prostu w swój sposób to wszystko przeżywasz. Ale co ja tam wiem, podaj piwo, co?
Ręka Louisa powędrowała w kierunku krańca deski, na której zauważyłam plastikową siatkę. Wyjął z reklamówki butelkę i otworzył ją. Podał mi i zaczął się śmiać. 
- Za to cię kocham. Kto normalny w takim momencie zamiast przepędzić mnie do domu i kazać odmawiać zdrowaśki za duszę mojego taty, usiadłby koło mnie i wypił ze mną piwo? 
- Sugerujesz, że nie jestem normalna?
- W żadnym stopniu nie jesteś normalna.
- Aha.
Strzeliłam brwiami i wypiłam duży łyk. 
- W dobrym tego słowa znaczeniu. 
Objął mnie ramieniem i pocałował we włosy. 
- Za pamięć Twojego ojca.
- Za pamięć mojego ojca.
Podnieśliśmy butelki i stuknęliśmy szyjkami. 
- Teraz wypad do domu klepać zdrowaśki. 
- Wiesz o co pokłóciłem się z ojcem? 
- Kiedy? 
- Tuż przed jego... Jego... Odejściem? 
- Nie mam pojęcia. - przekrzywiłam głowę i czekałam na odpowiedź. Jednak on nie śpieszył się nigdzie, powoli wypijał kolejne łyki piwa. - Heej? Doczekam się? 
- Stwierdził, że żadna dziewczyna mnie nigdy nie zechce poślubić, bo jestem takim tępym chujem. A zwłaszcza Ty.
Zamilknął i w skupieniu wpatrywał się w zachodzące słońce. Wtedy poznałam powód jego pytania o moją rękę. 
- Ale... Ty chcesz? Czy chciałeś się tylko przekonać?
- Ja bym nie chciał? Zgłupiałaś. Ślub z Tobą... Najlepszy dzień w moim życiu. 
- Dobra, przestań rozmyślać. Zrobiłam kolację, a Jozzy coraz bardziej się niecierpliwi, poza tym głupio musi jej być samej w cudzym domu, czyż nie?
Mężczyzna poderwał się i zdjął reklamówkę z deski, po czym złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę domu. Weszliśmy przez drzwi ogrodowe do salonu. 
- Gołąbeczki, gołąbeczki. A o mnie zapomnieliście, co? 
- Skądże mógłbym zapomnieć o mojej siostrze! 
Wyjęłam dłoń z jego i poszłam do kuchni, by przy pomocy Josephine nałożyć na trzy talerze zapiekankę makaronową.
Zachowywałyśmy się jakbyśmy znały się od urodzenia, ale tak naprawdę nasza znajomość trwała mniej niż 24 godziny.

- Przepraszam, Ty jesteś Louis?
Na dźwięk swojego imienia gwałtownie się odwrócił. Przez chwilę mierzył wzrokiem niską dziewczynę. 
- Tak, a czego potrzebujesz? 
- Josephine Tomlinson. Witaj braciszku.
- Ty... Skąd wiedziałaś o pogrzebie? 
- Takie rzeczy szybko się rozchodzą.  
Na twarzy Louisa pojawiło się wiele emocji jednocześnie. Od zakłopotania po radość. 
- Słucham? Co się dzieje? 
Helen wyjrzała zza mężczyzny i dostrzegła pulchną dziewczynę, która na twarzy miała uśmiech. 
- Jestem Josephine. Nazwisko jak twój... Chłopak? - spojrzała się z niepewnością na brata, a on jej przytaknął. - Dokładnie. 
- Czekaj, czemu mi znowu o niczym nie powiedziałeś? - mężczyzna przeciągle zagwizdał. Helen dała mu kuksańca w żebra. - Świątynia pacanie.
- Jak miałam 18 lat to wyjechałam na studia do Francji. Chciałam studiować po francusku, by podszkolić język i inne takie pierdoły. Tak jakoś się trafiło, że to było siedem lat temu, a od tych siedmiu lat nie miałam kontaktu z rodziną. 
- Wywalili ją z domu. 
- Tsaaa. Bo nie chciałam iść na Cambridge, co było - zakreśliła cudzysłów w powietrzu – tradycją rodzinną. 
- Ale szczerze Cię nie poznałem. 
- Zmieniłam kolor włosów, zakładam kolorowe soczewki, inaczej się ubieram... Czyż nie? 
- Czyż tak.
- Czemu Cię nie było w szpitalu? 
- Przychodziłam w soboty.
- Ach, a gdzie pracujesz?
- Mam ciekawą pracę, jestem architektem wnętrz. Tak naprawdę przez większość czasu jestem w domu i mogłam wpadać częściej, ale cóż, gdy mnie wyrzucał z domu nie liczyło się dla niego to, że jestem chora. 
Louis cofnął się parę kroków. 
- Na co chorowałaś?
- Miałam guza w mózgu. Louis... Pomagał mi. Urwał kasę na operację z kosmosu, gdy choroba była jeszcze w uleczalnym stadium. 
Helen spojrzała się na mężczyznę, który oddychał coraz głębiej. Był pewny, że dziewczyna wiedziała już dlaczego wszedł do tego półświatka i wiedziała, że jeśli ktokolwiek by się o tym dowiedział, to jego reputacja jest nadszarpnięta i to poważnie. 
- Gdzie teraz mieszkasz? 
- Zatrzymałam się w hotelu, wieczorem miałam wylatywać.... Ale chyba zarezerwuję jeszcze jedną noc i jutro spędzę dzień z wami, co wy na to?
- Wsiadaj do samochodu. Zabierzemy twoje rzeczy do naszego domu.
Rzucił ostatnie spojrzenie na nowo usypany grób. Po chwili skierował się w stronę głównej bramy cmentarza.
  

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział XIV "Ogórki, mleko, wódka i kokaina"

Uwaga!
Nazwa rozdziału nie jest z dupy wzięta. Zaczynamy ostrą jazdę bez trzymanki w moim wykonaniu :3
P.S. Z wielką dedykacją dla wszystkich, co czytają, a w szczególności Muserów, którzy przez czysty przypadek (tak, jestem przypadkiem) trafili na opowiadanie o One Direction. Much love! xx (bym to napisała po polsku, ale po angielsku lepiej brzmi XD)
_____________________

- Dwa dni, kochanie!
Louis podszedł do okna i rozsunął zasłony. Leniwie uniosłam powiekę i spojrzałam się z wyrzutem na zadowolonego, ubranego już chłopaka.
- Która godzina?
Rzuciłam okiem na budzik, który stał na szafce nocnej. Dopiero dochodziła ósma.
- Czego ode mnie chcesz o tej diabelskiej porze?
- Diabelska pora była dokładnie 4 godziny i 56 minut temu. Nie przesadzaj, czas wstawać. Czekam na dole w kuchni!
Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i powolne, głuche uderzenia stopami o deski na schodach. Zamknęłam oczy i próbowałam znowu zapaść w sen, chociaż na dziesięć minut, ale promienie słońca wkradające się do pokoju pokrzyżowały moje plany. Opuściłam nogi na podłogę i wymacałam stopami kapcie. Założyłam je i przetarłam oczy. Po pokoju latały drobinki kurzu, więc postanowiłam, że dzisiaj posprzątam. Podeszłam do okna i je otworzyłam na oścież. Na dworzu było ciepło i przyjemnie. Idealny dzień na rodzinny wypad za miasto.
O czym ja gadam.
Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej bluzkę oraz krótkie spodenki. W szufladzie znalazłam bieliznę i z naręczem ciuchów poszłam do łazienki. Ubrałam się i zeszłam na dół. Louis trzaskał szafkami w kuchni. Najwyraźniej czegoś szukał.
- Co robisz?
- Czekaj, czekaj.
Nie przerwał nawet na sekundę wykonywanej czynności i cały czas przeszukiwał półki.
- Pogrzało Cię?
- Mam!
W jego ręce pojawił się słoik ogórków kiszonych. Odwrócił się do mnie z uśmiechem.
- Dzień dobry, kochanie. Jak się spało?
- Po co Ci ogórki?
- Śniadanie robię, nie widać?
Spojrzałam się w lewo i zauważyłam, że na blacie leży pokrojony chleb, masło i wędlina. Usiadłam przy stole kuchennym i obserwowałam jak chłopak zwinnym ruchami robi kanapki i kładzie je na talerzu. Po chwili podniósł naczynie i postawił je przede mną.
- Oczywiście ty to ze mną zjesz, co..?
Nie odpowiedział mi, tylko odwrócił się w stronę lodówki i wyjął z niej karton z mlekiem. Nalał do dwóch szklanek i postawił na blacie.
- Hmmm. Ogórki, mleko… Wiesz, że się to dobrze nie skończy?
- Jak nie chcesz to nie pij, mój wujek jakoś całe życie pił mleko i zagryzał ogórkami kiszonymi i jakoś dożył tych dziewięćdziesięciu lat.
- Rób jak chcesz, ostrzeee…
Nie zdążyłam dokończyć, a Louis pochłonął już kubek nabiału. Pokręciłam głową z dezaprobatą i schyliłam oczy, by nie patrzeć, jak wypija i mój. Wziął moje naczynie, opłukał je wodą i nalał do niego soku pomarańczowego.
- Kto co lubi.
Zjadłam dwie kanapki i usłyszałam dźwięk odsuwanego krzesła. Chłopak podszedł do mnie i złapał mnie niezbyt mocno za nadgarstek, po czym przyciągnął mnie do siebie. Położył moją dłoń na swoim biodrze, a drugą ujął w swoją rękę i zaczął się delikatnie bujać.
- Coś mi się należy za to śniadanie. – po tych słowach pocałował mnie w usta i poprowadził nas w stronę salonu. Kołysaliśmy się powoli, a po chwili położyłam głowę na jego ramieniu. On pocałował mnie we włosy. Wyjęłam swoją dłoń z jego i położyłam mu na szyi. On swoją ręką zaczął delikatnie dotykać moich pleców, by po chwili podjechać nią trochę wyżej i dotknąć zapięcia mojego stanika. Jedną ręką próbował je rozpiąć, a w tym czasie ja wpiłam się w jego usta i palcami przeczesywałam jego włosy. Popchnęłam go w stronę ściany, a gdy się o nią oparł chciał sobie pomóc drugą ręką.
- A bluzka? Jak masz zamiar go zdjąć bez zdejmowania bluzki?
W odpowiedzi przejechał językiem po mojej dolnej wardze i zdjął ze mnie górną część odzieży. Powtórzyłam jego ruch i po chwili oboje byliśmy prawie nadzy od pasa w górę. Palcem jeździłam po wytatuowanym napisie na jego piersi, a on całował mnie po włosach. Po chwili wsadził swoje palce za pasek od moich spodni i zaczął je ściągać. Zbliżył swoje pełne usta do mojego ucha.
- Pardon, jaśnie pani. – wyszeptał i uwolnił się z moich objęć. Złapał swój T-shirt z podłogi i szybkim krokiem poszedł w kierunku toalety. Nałożył ciuch na siebie, a ja podążyłam za nim i również włożyłam koszulkę przez głowę. Podeszłam do drzwi łazienki.
- Jedno wiem – dom może i tak, ale twardego żołądka to ty po wujku nie odziedziczyłeś.
***
- Daj se siana.
Louis siedział na kanapie z termoforem na brzuchu, a ja właśnie wstawiałam wodę na miętę.
- Tobie trzeba dać siana, suszona mięta ci pomoże.
Wyjęłam z szafki kubek i wrzuciłam do niego saszetkę. Usłyszałam, jak chłopak wstaje z sofy i odkłada worek na bok. Podszedł do barku i wyjął z niego butelkę wódki.
- Będzie gorzej, Louis, odłóż grzecznie. W zęby chcesz?
- Oj no… Oj no… Nie będzie gorzej, trochę to moje ociemnienie stłumię.
- Rób jak chcesz, ja cię ostrzegałam.
Wyjął kieliszek i postawił na półce. Po chwili wypełnił go przezroczystym płynem i wypił na raz. Potem powtórzył czynność jeszcze dwukrotnie. Oparłam się dłońmi o blat i spoglądałam na chłopaka.
- Pożałujesz.
- Oj ta…
Nie zdążył dokończyć, a już z zatkanymi dłonią ustami biegł do łazienki.
- Tylko celuj dobrze!
***
- Bóg mnie pokarał.
- Sam się idioto pokarałeś, ostrzegałam cię.
Wyjęłam z lodówki worek z lodem i położyłam na jego czole. Siedział w fotelu i narzekał już jakąś godzinę. Usiadłam naprzeciwko niego i czekałam, kiedy jego jęki ucichną. Nagle rozległ się dzwonek jego telefonu. Zaczął grzebać sobie w kieszeni w poszukiwaniu aparatu. Przyjrzałam się mu z zaciekawieniem, gdy cicho zaklnął pod nosem i odebrał.
- Słucham? Tak, przy telefonie. Ej!
Nagle Louis zbladł i telefon omal nie wysunął mu się z ręki.
- Co się stało?
- Chcą nas udupić.
Rzucił woreczek z lodem na podłogę i podbiegł do okna. W paru susach znalazł się przy drzwiach. Otworzył je. Nie widziałam niczego, oprócz klęczącego Louisa. Wyprostował się, odsunął mnie ręką i zaklął pod nosem. Przeszedł w kierunku szafki na buty. Odwróciłam się w jego kierunku, a on już zakładał na dłonie lateksowe jednorazowe rękawiczki. Ostrożnie podniósł woreczek z żółtawym proszkiem i znowu przeklinając otworzył go, wsadził palec do środka, włożył sobie do ust i zlizał trochę pyłku.
- Co jest?
- Ktoś chce nas ujebać, tu masz kokainę, taką najczystszą. – język mu się trochę plątał, ale szybko zamknął opakowanie. – Musimy to schować, ktoś dzwonił po policję.
- I tak ktoś zadzwonił do ciebie i powiedział…?
- Nie powiedział o kokainie, była pod wycieraczką. Przyjadą z psem znając życie, a on by się od razu kapnął. Chujoza ciemna. Teraz muszę się tego pozbyć nie ruszając się z domu… Weź drugie rękawiczki, leżą w moich czarnych butach, tych z lewej.
Podeszłam do szafki i ją otworzyłam. Drżącymi rękami wyjęłam rękawiczki z butów (swoją drogą, ciekawa kryjówka, byłam ciekawa, czemu akurat tam) i założyłam je. Poszłam na tył domu, gdzie wcześniej udał się Louis.
- Trzymaj. – w moją dłoń wepchnął woreczek, a sam udał się do składzika. Wyjął z niego łopatę. Rozejrzał się po ogrodzie i zaczął kopać dołek niedaleko drzewa. Potem wziął ode mnie foliowe opakowanie i wrzucił je do dołka, po czym wsadził tam nasze rękawiczki. Wrócił się do schowka i stamtąd wyjął nawóz w płynie i w proszku. Podszedł do drzewa i oblał je dookoła po czym posypał proszkiem.
- Po co?
- Zapach jeszcze bardziej przytłumimy, teraz jest jakaś jedna tysięczna szans, że znajdzie. Potem to spalę jak należy. Nie tak jak myślisz.
Poddenerwowani weszliśmy z powrotem do domu. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Kurwa, idź do salonu i ani się spróbuj ruszyć.
Poszedł do drzwi wejściowych, a ja zgodnie z poleceniem usiadłam na fotelu w dużym pokoju i zaczęłam przeglądać jakąś motoryzacyjną gazetę, którą po śniadaniu czytał Louis.
- Dzień dobry, komisarz Gretchen. Dostaliśmy informację, że u pana mogą się znajdować narkotyki, można byłoby?
Przez chwilę nie usłyszałam odpowiedzi.
- Witam. Zapraszam.
Usłyszałam skrobanie pazurami o podłogę w holu. Pies. Czyli to nie był pierwszy raz Louisa. Przywitałam się z policjantem, który chodził z psem po całym domu. Gdy zeszli z piętra i przeszli do ogrodu, moje serce na chwilę się zatrzymało. Po dłuższej chwili jednak wyszli.
- No cóż, przepraszam pana za zamieszanie, mam nadzieję że nie będziemy się widzieć następnym razem.
- Taa, radziłbym państwu lepiej sprawdzać informacje – przy ostatnim słowie zakreślił cudzysłów w powietrzu – bo jest tu pan piąty raz i nic nie ma. Czysty jestem, panie władzo.
- Urgh. Do widzenia i miłego wieczoru.
- Dziękuję, nawzajem.
Usłyszałam pyknięcie oznaczające zamykanie drzwi. Louis powoli przeszedł do salonu i potarł sobie czoło. Podszedł do stolika na kawę i podniósł z niego telefon, który po chwili wylądował z głuchym łoskotem na ścianie. Zaklnął głośno po raz setny tego dnia i szybko wbiegł na górę. Byłam zdezorientowana. Wstałam z fotela i udałam się na górę.

wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział XIII

Znowu muszę przepraszać. A więc przepraszam, że tak długo musieliście czekać, następny obiecuję, że będzie szybciej :)
Miłego czytania! + Proszę o komentarze, serio, to dodaje "pałera" XD
__________________________________

- Helen! Obudź się proszę! 
Poruszyłam oczami nie otworzywszy powiek. Usłyszałam, że ktoś nade mną wstrzymał oddech. Poruszył moją ręką i przyciągnął ją do siebie. Zaczął normalnie oddychać. Kciukiem przejechał po moich brwiach i pocałował w czoło. Uniosłam powieki i zobaczyłam trochę zmieszanego Louisa. Wypuścił z płuc dużą ilość powietrza.
- Co...
- Zemdlałaś.
Złapałam się za głowę i spróbowałam wstać, niestety bez powodzenia. Opadłam na poduszkę. Usłyszałam cichy chichot chłopaka, ale po chwili ustał, gdyż zmroziłam go spojrzeniem.
- To chwilowa niedyspozycja, jak wstanę, to cię dorwę.
- Haha, a teraz mi powiedz o co ci chodziło przed tym, jak zemdlałaś.
- Co?
Podniosłam brwi i rzuciłam mu zdezorientowany wzrok.
- Tuż przed tym, jak straciłaś przytomność, powiedziałaś "cztery dni" tylko nie mam pojęcia, do czego to się odnosiło.
- A skąd ja mam wiedzieć?
- Z twoich ust to wyszło, mam nadzieję, że wiesz, co mówisz...
- Akurat nie tym razem.
- Urgh. Ale jak to...
- Nie pamiętam niczego, tak? Nic, zero, pustka, ja coś mówiłam?
Uniosłam wyprostowane ręce do góry i opuściłam je z impetem.
- Pokaż coś. - Louis przyłożył dłoń do mojego czoła. - Nie.
- Sugerujesz, że majaczę z gorączki?
- Maybe baby.
- Zabiję!
Przesunęłam się w drugi kraniec kanapy i z niej wyskoczyłam. Zachwiałam się, ale już po chwili odzyskałam normalną równowagę.
- Nie majaczę, jestem zdrowa. To ty próbujesz mi wmówić coś, czego nie było!
- Żałuję, że nie mam monitoringu pod domem.
- Aż tak jesteś pewny?
Kiwnął potakująco głową.
- Kolejna zagadka "co Helena ma na myśli?". - Louis westchnął ciężko i poklepał się po kolanach - Trzeba ją rozwiązać ją w przeciągu czterech dni, boję się, co wtedy może się wydarzyć.
***
- Nie wierzę.
Westchnęłam ciężko i zawiesiłam wzrok na ramieniu Louisa. Opierał się o ścianę przed drzwiami do mieszkania, a tabliczka na nich głosiła ‘Hipnotyzer – Ashton Longan’.
- Mogę Cię zabić teraz czy za 10 minut?
Podwinął delikatnie rękaw i rzucił okiem na tarczę zegarka.
- Za 10 minut Ash już powinien być, nie wiem, czy sobie beze mnie poradzisz. – obciągnął rękaw, po czym skierował spojrzenie na mnie – Wiesz, jak cię tam zahipnotyzuje, to jesteś bezradna…
- Louis.
- Prawdę mówię, no czego chcesz?
Usłyszeliśmy czyjeś kroki na schodach. Obróciłam się i stanęłam koło Louisa. Mężczyzna, który skakał po stopniach jak mały jelonek przystanął na sekundę i zaczął grzebać w torbie listonoszce, którą miał przerzuconą przez ramię. Po chwili wyjął z niej pęk kluczy i podszedł do nas.
- Cześć, bracie. – wyciągnął rękę do Lou i uścisnęli je przyjaźnie. Po chwili zwrócił się w moją stronę i posłał mi uśmiech. – Jestem Ashton.
- Helen. - odwzajemniłam gest.
Pobrzękał metalem i w końcu wsadził odpowiedni klucz do dziurki, przekręcił i popchnął drzwi.
- Zapraszam, pokój z brązowymi drzwiami na lewo. Ja pójdę herbatę zaparzyć.
Louis szerzej uchylił drzwi, a pomiędzy jego nogami przemknął się brązowo-czarny kocur.
- FREDDIE! Wracaj tu zmoro jedna! – Ashton wychylił się z kuchni z czajnikiem w ręku. Mężczyzna stojący przede mną odwrócił się i poszedł w ślad za zwierzęciem. Złapał go i uniósł do góry.  Mrugnął do mnie porozumiewawczo i uśmiechnął się do kota.
- No idź, nie bój się, ja trzymam tą bestię.
Usłyszałam ciche mruknięcie i kot zamachnął się na lekko nieogoloną twarz Louisa. Ten jednak uchylił się przed ciosem. Ruszyłam w stronę ciężkich drzwi i je uchyliłam. W pokoju panował lekki zaduch. Wyminął mnie brunet z kotem i posadził go na kozetce. W pomieszczeniu stały dwa fotele i jedną leżankę, niewielkie biurko a przy nim obrotowe skórzane krzesło. Zwierzak zeskoczył na podłogę i usadowił się koło fotela. Louis uchylił okno i pokazał mi, żebym usiadła. Ashton wszedł do środka i podał kumplowi herbatę.
- Helen, połóż się i odchyl, a Ty Lou siadaj tu. Dobra. – opadł na fotel, a nogi ułożył po turecku. Pociągnął dużego łyka z kubka i nieruchomo spojrzał się w ścianę.
Jakby złapał laga życiowego. Zaczął mnie przerażać.
***
- Dobrze, a więc. – mężczyzna w okularach, siedzący na obitym skórą fotelu odłożył swój kubek obok kota, który spał niedaleko jego nóg. Przed chwilą wytłumaczył kobiecie, o co chodzi w hipnozie i co ma zamiar zrobić. – Powiedz mi coś o sobie.
- Jestem Helen. – głos dziewczyny leżącej na kozetce zawisł w powietrzu. Widać było, że okularnik oczekiwał czegoś więcej.
- Kontynuuj proszę.
- Mam 23 lata.
- Dalej?
- Mój ojciec został zabity, brat siedzi w dilerstwie po uszy, matka jest na skraju załamania nerwowego, a ja umawiam się z gangsterem.
- A może coś bardziej o tobie?
- Lubię czekoladę. Ale nie jem jej zbyt często, bo boję się, że przytyję.
***
- Okay, może powiedz mi, co się wydarzy za… trzy dni?
Ashton spojrzał na kalendarz, który był zawieszony na przeciwległej ścianie. Za trzy dni miały być urodziny jego dziewczyny. Spojrzał się na leżącą Helen.
- On się ujawni.
Głos miała jakby z zaświatów. Louis nerwowo poruszył się w fotelu, a Ash uciszył go gestem ręki. I tak zrobił dużo, bo pozwolił siedzieć w tym pokoju, więc teraz niech nie przeszkadza.
- On?
- Tak. I znowu będzie zabijał.
Mężczyzna w okularach odchylił się i ciężko odetchnął.
- Skąd to wiesz?
- Mam problem z wytłumaczeniem tego. Skądś się pojawiła ta myśl, waszym zadaniem jest tylko iść za wskazówkami, bo inaczej to źle się skończy.
- Czy ‘on’ zabił twojego ojca?
- Tak mi się zdaje. Tak, to był on.
***
- Moja dziewczyna… Helena. Ma. Dar… Przewidywania przyszłości? Co ty ćpałeś, brachu?
- Zielona herbata, Lindsay wczoraj kupiła, okay? Tak serio, takie przypadki jeszcze się zdarzają. Jasnowidze istnieją, przyjmij to do wiadomości.
- Haha, słyszałem to parę razy.
- I że niby ja mogę przepowiadać przyszłość?
- Tak. Ale już swoje przepowiednie możesz mówić pod… Naciskiem? Tak, chyba tak to można nazwać. To na pewno nie było twoje pierwsze doświadczenie, pamiętasz coś jeszcze?
- Hmmm. – zaczęłam sięgać pamięcią do najwcześniejszych lat mojego życia. – Było. Raz przy śniadaniu byłam taka nieobecna, mama tak mówiła potem. Powiedziałam wtedy, że mój zdrowy dziadek umrze w przeciągu dwóch tygodni. Tak znikąd to nagle we mnie się pojawiło. Wszystkich wtedy zatkało, ale dwa i pół tygodnia później byliśmy na pogrzebie. Rodzice stwierdzili, że… To był przypadek. Pominęli to.
- Czyli przewidujesz śmierć. Louis, umawiasz się z ‘aniołem śmierci’. Na twoim miejscu słuchałbym jej uważnie… I trochę się bał. Nigdy nie wiadomo, co ciekawego się wydarzy.
***
- Louis.
Chłopak wyminął mnie i poszedł do salonu. Chciał usiąść na fotelu, ale zawahał się i cofnął do kuchni. Stanęłam obok lodówki, ale on lekko odepchnął mnie dłonią i wyjął schłodzone piwo. Zdjął buty i położył je koło zmywarki.
- Nie będę za tobą nosić butów.
Nie odzywał się do mnie nadal. Podeszłam do niego od tyłu i ramionami objęłam jego szyję. Dłonią dotknął mojej skóry.
- Dobrze. Zaraz sprzątnę.
Z szpary pomiędzy poduszką a oparciem wyjął otwieracz do szklanych butelek. Po chwili kapsel odskoczył.
- Boję się tylko… O ciebie. Chodź tu do mnie, co? – pokazał ręką na swoje kolano. Podeszłam i usiadłam na nim. Przytulił mnie mocno do siebie, przez sekundę zabrakło mi tchu. – Nie chcę, by cokolwiek złego się stało mojej księżniczce, a jeśli to prawda… Duża odpowiedzialność…
- Jestem dorosła, rozumiesz? Nie musisz mnie przed wszystkim bronić.
- Jakby to była prawda, byłbym przeszczęśliwy. – pocałował mnie w policzek i odgarnął moje włosy, które weszły mu w oczy. Zatopiliśmy się w swoich spojrzeniach i poczułam, że to właśnie tu jest moje miejsce. Na tym fotelu z mężczyzną mojego życia, nieważne, jakie przeciwności mają nas spotkać.

sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział XII

Przepraszam was za taką obsuwę, po prostu mam małe problemy z sobą i nie mam zbytnio głowy do pisania. Ale jednak mam ten XII :P Miłego czytania i jeszcze raz przepraszam x
___________________________________

Przez następny rok nic ciekawego się nie działo. Chłopaki próbowali siebie tolerować, co wychodziło im opornie, ale zawsze jakoś. Lepsze to niż rosyjska ruletka, w którą na początku chcieli zagrać. Kontaktowali się tylko, gdy Louis sądził, że ma coś nowego. Zawsze jednak okazywało się to być fałszywym alarmem. Ja skończyłam studia, ale zamiast szukać porządnej pełnoetatowej pracy, siedziałam w domu i zajmowałam się tłumaczeniem na własną rękę. Nie zniosłabym bezczynności, a to, że miałam pieniądze na swoje zachcianki to tylko atut. Harry chodził zdenerwowany jak nigdy. Czasami gdy byłam u mamy widziałam jak chodził w kółko po swoim pokoju i rzucał różnymi przedmiotami.
Mama… Ta kobieta dużo przeszła i była już odporna. Gdy powiedziałam jej, jak wygląda sytuacja, zamknęła się z Louisem w pokoju. Siedzieli tam bardzo długo, do zmierzchu. Umierałam z niecierpliwości siedząc w kuchni i patrząc się na zegarek. Godziny mijały, a oni nadal rozmawiali. Myślałam, że nigdy nie skończą. W końcu usłyszałam skrzypnięcie tych starych, drewnianych drzwi kuchennych a w progu pojawiła się moja mama, a za nią szedł Louis. Kobieta była uśmiechnięta, a Louis szedł z opuszczoną głową, jednak gdy tylko mnie zobaczył podniósł oczy i posłał mi uśmiech. Wyprostowałam się na taborecie. Położyłam dłonie równo na kolanach. Mama podeszła do zlewu, odwróciła się w moją stronę po czym złapała mnie za ręce i pochyliła się do mojego ucha.
- Zawsze cię będę wspierać i wierzę, że Louis jest tym właściwym. Kochasz go?
Odsunęła swoje usta od mojego policzka i spojrzała się w moje oczy. Podniosła palec do moich rzęs i otarła z nich łzę.
- Tak. – szepnęłam, a po chwili wybuchłam płaczem szczęścia. Rzuciłam się mamie w ramiona. Byłam szczęśliwa, że miałam ją.
***

- Louis, jesteś gotowy?
- Nie chcę, mówiłem, nigdzie nie jadę.
- Obiecałeś mi.
Spojrzałam się z niecierpliwością na zegarek na moim nadgarstku. Nerwowo zastukałam obcasami. W końcu zza drzwi łazienki wyłoniła się mokra, rozczochrana głowa Lou. Posłał mi pełne nieuzasadnionego bólu spojrzenie.
- Serio?
- Tak, wczoraj.
- Och no wiesz… Wczoraj dużo rzeczy się działo. - zachrząkał znacząco, po czym oberwał moją torebkę w twarz. Schował się z powrotem do środka. - Za co?
- Za niewinność. Szybko się ubieraj, za 10 minut masz być suchy i w ciuchach na dole.
Zbiegłam po schodach w akompaniamencie cichych przekleństw dobiegających z toalety, gdy chłopak szukał suszarki. Usiadłam na kanapie w salonie i czekałam, aż po schodach zejdzie bosy Lou. Skręcił automatycznie w lewo i szedł w moją stronę pocierając włosy ręcznikiem. Zatrzymał się dwa kroki ode mnie i zdjął ścierkę z głowy. Wilgotne kosmyki odstawały w każdym kierunku świata. Wyglądał… niezwykle uroczo. Podniosłam się z sofy i podeszłam do niego. Przejechałam palcami po jego czuprynie, a on złapał mnie za dłoń i pocałował w sam środek.
- Idziemy?
- Boję się. – szepnął cicho i opuścił moją rękę. Widziałam, że jego oczy się zaszkliły. Szybko objęłam go ramionami i przycisnęłam do siebie.
- Nie masz czego, zawsze będę przy tobie.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
***
Zajrzałam ukradkiem przez szklane drzwi i rzuciłam Louisowi pełne wyczekiwania spojrzenie. On tylko podparł ścianę i nie miał zamiaru ruszać się stamtąd. Podeszłam do niego i złapałam go za ramię. Ścisnęłam je, aż skóra pod moimi palcami zrobiła się biała.
- Puść mnie. – patrzył się tępo w ścianę i nie zwracał na mnie uwagi.
- Obiecałeś coś.
- Odwidziało mi się. – odburknął.
- Miałeś to zrobić dla mnie.
- Nie jesteś moją panią, a ja twoim psem.
- Louis!
Odsunęłam się od niego parę kroków i spojrzałam z dystansu. Na jego twarzy nie malowały się żadne uczucia. Nic, zero, pokerowa maska. On na serio potrafił się dobrze ukrywać z przeżyciami.
- Słucham, Helen?
- Wejdź tam, przywitaj się i dosłownie za chwilę puszczę cię wolnego. Proszę.
Wiedziałam, że jeśli wejdzie na moment do sali, pomiędzy nim a jego ojcem może wywiązać się rozmowa, a już moja w tym głowa, by nakierować ją tak, aby Louis go przeprosił. Aby oboje się pogodzili. Kombinując nad tym planem zarwałam parę ładnych nocy, a on tu nagle mówi, że nie wejdzie do środka. Dorwę kiedyś małpiszona.
- Okay.
Odepchnął się od ściany i minął mnie, po czym pchnął przeszklone drzwi i wszedł do środka. Ruszyłam za nim i stanęłam w progu. Nie słyszałam o czym rozmawiają, ale już po chwili Lou podniósł się z krzesła i wybiegł. Rzucił do mnie, że będzie czekał w samochodzie. Postanowiłam wejść do pomieszczenia. Mężczyzna ciężko oddychał, a jego serce zwolniło rytm, co było widać na maszynie podłączonej do jego klatki. Wybiegłam i zawołałam pomoc, lecz było już za późno.
***
- Odezwij się cokolwiek, proszę.
- Co mam ci powiedzieć? No co?
- Cisza nie jest dobrym rozwiązaniem. – Helen odwróciła wzrok w kierunku okna. Patrzyła na mijane zabudowania i drzewa. Louis nerwowo uderzył dłonią w kierownicę. Raz. Drugi. Trzeci. Łzy pojawiły się w jego oczach. Dziewczyna złapała go za rękę, a oczy skierowała na jego ustach, które niebezpiecznie drżały.
- Nie mam już nic, rozumiesz? Matka nie żyje, narzeczona też nie, córka też nie, ojciec niedawno zmarł…
- Masz mnie.
- Ty też niedługo mnie zostawisz. – w jednej sekundzie wrócił do swojego opanowanego wyglądu. Bił od niego chłód i dystans.
- Kochanie… Wiesz, że nie. Jak mam ci udowodnić?
- Wyjdź za mnie.
Louis podniósł brew i z zaciekawieniem oczekiwał reakcji swojej dziewczyny. Ona zaczęła nerwowo skubać paznokcie i przygryzać wargę. W końcu podniosła na niego oczy i kiwnęła głową na ‘Tak’.
- Powiedz to, proszę.
- A pierścionek to gdzie?
Śmiech zakochanych przesycony bólem rozniósł się po samochodzie.
***
Chłopak tuż po zaparkowaniu szybko przebiegł do drzwi od strony pasażera i je otworzył, po czym pomógł dziewczynie wyjść z samochodu. Ona wzięła swoją torebkę i poszła za Louisem, który grzebał po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy do domu. W końcu pobrzękujący metal znalazł się w jego dłoni i zaczął celować nim w dziurkę.
Za jego plecami Helen zrobiła się blada mimo panującej przyjemnej, marcowej pogody. Przytrzymała się balustrady przy schodkach i po chwili osunęła się po niej. Louis odwrócił się, by jak gentleman przepuścić ją przodem, ale ona powoli odpływała.
- Cztery dni… - szepnęła tak, by chłopak mógł ją usłyszeć i zamknęła oczy, po czym zsunęła się po schodach.
_______________
HAHAHA JESTEM WREDNA LOL

sobota, 15 czerwca 2013

Rozdział XI

A więc wracam po dłuuuuuuuuuugiej przerwie z nowym rozdziałem.
Przepraszam za taką zwłokę, ale za dużo problemów nałożyło się naraz... No i pies...
ALE HOPE YOU ENJOY XD
_____________________________________


Nie ogarnęłam, gdy zdarłam z kalendarza ściennego kartkę z napisem ‘Niedziela’. Czas minął tak szybko. Rano wyszłam na uczelnię, a gdy wróciłam, była już 17.
Opadłam ciężko na fotel. Jak wytłumaczyć to wszystko Harry’emu? Wychodziło to już dawno poza możliwości normalnego rozumowania. Potarłam skronie, zawsze mi to pomagało, gdy się denerwowałam. Odetchnęłam głębiej i sięgnęłam do plecaka. Wyjęłam z niego telefon i zaczęłam przeskakiwać po kontaktach. Wybrałam numer do Louisa. Odebrał po czwartym sygnale.
- Halo, Helen, co się stało?
- Cześć. Miałeś być. Poniedziałek, kochany.
- Kurde. Za pół godziny będę w domu, okay? Przepraszam, zasiedziałem się trochę.
Skupiłam się na odgłosach w tle. Ktoś krzyczał. Usłyszałam czyjeś ‘Szefie’ i zastanowiłam się, co robi teraz Lou.
- Co ty do cholery robisz?
- Załatwiam swoje sprawy. – gwizd rozległ się w słuchawce i przeszył moje uszy. A zaraz potem wystrzał. Krzyk momentalnie ustał. Zaparło mi dech w piersiach.
- Louis…
- Słucham kochanie? – odpowiedział rozradowanym głosem.
- Co ty do cholery robisz?
- Nic. – odstawił słuchawkę od ucha i zaczął do kogoś mówić. – Za miasto. I żeby nie było jak ostatnio, że psy wytropiły, bo jaja wam z fiutem urwę. Zrozumiano?
- Louis! Wszystko do cholery słyszę!
Zaczął gwizdać prosto do telefonu.
- Ja też, uwierz mi.
- Wracaj do domu.
- Już się robi, księżniczko.
- Masz przejebane, czaisz?
Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na dywan. Odbił się trzy razy i upadł pod drugi fotel. Po chwili rozległ się dzwonek przychodzącego połączenia, ale zignorowałam go całkowicie. Rozciągnęłam się w moim siedzeniu i zaczęłam wspominać. Nie lubię przeszłości, jest zbyt bolesna, by o niej myśleć. Teraz jednak przypomniał mi się bardzo ciekawy moment mojego życia, który może mi pomóc w wytłumaczeniu Harry’emu, że musi mi uwierzyć.
***
- O, przyszłaś. Czy to znaczy, że…?
- Siedź cicho. – poprawiłam torbę na ramieniu. – Louis się zgubił po drodze, bo trampki mu się rozsznurowały, a potem dzika gonił  po lesie. Dziecko.
- Już jestem. – po chwili dotruchtał do nas Lou.
- Witaj.
- Siema, Harry.
Brat spojrzał się na mnie wyczekującym spojrzeniem. Spuściłam wzrok, a oczy wbiłam w jego trampki. Jego ulubione, miętowe trampki. Drugie.
- Jak tam decyzja?
- Pamiętasz, jak osądziłeś Tony’ego o to, że ukradł ci z szafki trampki po treningu, a potem je pociął i powiesił na drzewie przed pływalnią?
- Harry, trenowałeś…
- Zamknij się, teraz ja mówię. Pamiętasz, czy nie?
- Jasne, że pamiętam. – zacisnął zęby. – Chcesz ze mnie łzy wybudzić czy jak?
- No na pewno. A pamiętasz jak potem przywaliłeś Tony’emu w twarz tak, że miał śliwkę pod okiem?
- Tak.
- A pamiętasz, jak się okazało, że to nie był Tony, a Mike i sfingował to wszystko, bo chciał, żebyś się przestał kumplować z Tony’m?
- Jasne. To było dziwne. Ale… Co to ma do rzeczy..?
- Mamy podobną sytuację. To nie Louis zabił naszego tatę.
- Cooo? Przecież… Wszyscy dobrze wiedzą… Sam strzelał…
- Właśnie nie. On był wtedy z Karen na wakacjach. A mówi, że nikomu nie kazał. Ja mu wierzę.
- Nikomu nie kazał. Kurwa.
- Słucham?
- Wszyscy się dowiedzieli o tej śmierci ode mnie. Potem przyjechał Louis i wziął wszystko na siebie. Jeśli to nie on… Lub sobie wynalazł jakiegoś dupka i teraz nam kit wciska.
- Po co miałbym wam wciskać kit? – odezwał się Lou.
- Bo nie chcesz stracić mojej siostry. Myślisz, że nie widzę?
Louis przygryzł wargę i opuścił głowę. Zwątpiłam w tamtym momencie w prawdziwość jego wcześniejszych zapewnień.
- Nie okłamałbym nigdy osoby, którą naprawdę kocham. Zrozum to Harry. Może i jestem chamem bez serca, ale to serce gdzieś tam siedzi i czasem zabije.
- Zabije. – prychnął mój brat.
- Harry, ogarnij się, proszę.
- Dobra. Ale jak ja mam ci uwierzyć. Po tym wszystkim co nam zrobiłeś. Nie ogarniam mojej siostry, ale jest po prostu… zakochana. – ostatnie słowo wypluł jak najgorsze przekleństwo. – Zakochani ludzie są pojebani. Nie myślą racjonalnie, a gdyby ich nagrał i puścił jak się już odkochają… Mieliby niezłą bekę z samych siebie.
- Dobra, słowo, a zaraz mnie szlag strzeli.
- No to zamierzasz zrobić?
- Chcę, żebyście razem znaleźli mordercę ojca, tak? Proszę was, raz musicie się zgrać.
- Kolejny raz, wspólniku? – Louis się wyprostował i splótł ręce z tyłu.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Kurwa, Styles, bądź facetem, co?
- Słucham? – mój brat pochylił się w stronę Lou.
- Zachowujesz się jak pedał. – dźgnął go palcem w brzuch. – Twoja siostra jest bezpieczna, a ja mogę ci pomóc odegrać się na mordercy ojca. Idealna sytuacja, a ten skurczybyk się waha. No cholera by to wzięła…
- Nie jestem pedałem.
- Udowodnij.
Pięść wylądowała na twarzy Louisa, a z jego nosa poleciała krew. Chłopak zachwiał się na nogach, ale po chwili wrócił do pionu. Wytarł nos i chwycił Harry’ego za koszulkę, po czym podniósł go do góry. Wcisnęłam ręce pomiędzy nich i spróbowałam ich rozdzielić. Za trzecim razem udało mi się. Stali w odległości pięciu metrów od siebie i mierzyli się zabójczym wzrokiem.
- Przedszkolaki.
- No chyba ty! – zakrzyknęli obaj jednocześnie. Po chwili zaczęli się śmiać. Podeszli do siebie i podali sobie ręce.
- Wspólnicy! – znowu krzyknęli jednocześnie, a ja stałam i nie wiedziałam, co się właśnie dzieje na moich oczach.
Rozgrywka się dopiero rozpoczęła.

środa, 29 maja 2013

Rozdział X

Stałam w osłupieniu przez parę minut. Ta informacja zmieniła moje życie. Zmieniła nasze życie. Miałam nadzieję, że moja rodzina choć w małym stopniu zmieni swoje spojrzenie na Louisa, ale nie byłam pewna, czy uwierzą w ten dowód.
Jednego byłam świadoma - Harry nie będzie chciał mu zaufać. Nie po tym wszystkim, co razem przeszli. Nie po tym, jak Louis mnie potraktował. Nie po tym, jak widział dziesiątki ludzi ginących z jego ręki lub polecenia.
Zacisnęłam wargi i spojrzałam się z bólem na Louisa. Chłopak objął mnie ramionami i mocno trzymał przy sobie. Przytuliłam go w pasie i zaczęłam łkać. Moje życie nie może być proste. W takie bagno się wpakowałam. Trzeba było uciekać tuż po pogrzebie taty i nigdy nie wracać. Ale nie. Zostałam i zakochałam się w najmniej odpowiednim do tego facecie. Witaj w umyśle Heleny Styles.
- Kochanie, nie płacz. Wszystko będzie dobrze.
- A co jeśli... Jeśli oni nie uwierzą? Co jeśli oni nie zaakceptują mojego wyboru?
- Odstawię cię do domu. Nie chcę, żebyś przeze mnie straciła rodzinę.
- Ty nic nie rozumiesz. Ja chcę być tu z tobą. Chcę, żeby moja mama i mój brat zrozumieli, że to nie byłeś ty, w co absolutnie wierzę i żeby zaakceptowali nas. Mój wybór, którym jesteś ty.
Podniósł mój podbródek do góry. W jego oczach zobaczyłam łzy. Pierwszy raz od dawna ktoś tak do niego powiedział. Widziałam tą tęsknotę, była prawie namacalna. Przejechał palcem po mojej żuchwie i odgarnął niesforne kosmyki, które wypadły z kucyka, za ucho.
- Kochanie, idź już do łóżka. Jest późno, a wiem, że jutro masz od rana zajęcia.
- Ukradłeś mi mój plan zajęć? - zdziwiłam się.
- Nie ukradłem, a pożyczyłem.
Wysunęłam się z jego objęć i cmoknęłam w policzek. Chłopak okręcił mnie dookoła osi i puścił. Odeszłam dwa kroki tyłem, a kiedy zauważyłam, że Louis wychodzi do ogrodu, puściłam się biegiem na górę. Od jutra muszę zacząć trenować. Kiedyś wygram z nim wyścigi.
***
Leżałam w łóżku, nie mogłam spać. Za dużo wrażeń na jeden dzień. Ultimatum mojego brata, Louis, który nie jest mordercą mojego taty... Nie wiem czy ktokolwiek normalny przeżył taki natłok wydarzeń. Ja w całej pewności nie byłam normalna. Nie po tym wszystkim, co przeszłam. Przewróciłam się na lewy bok i spojrzałam na zegarek stojący na stoliku nocnym. Dochodziła pierwsza. Podniosłam się z łóżka i założyłam kapcie, po czym wyszłam na korytarz. Ruszyłam w kierunku schodów prowadzących na piętro. Zawahałam się przez sekundę, po czym wskoczyłam po schodach. Przeszłam trzy kroki i uświadomiłam sobie, że nie pamiętam, które drzwi prowadziły do sypialni Louisa.  Znajdowałam się w owalnym pomieszczeniu, z jednym wiszącym lustrem, stolikiem na kawę i dwoma fotelami. Przy oknie, które sięgało od sufitu do podłogi stała wielka paproć. Postanowiłam, że zdam się na kobiecy instynkt i podeszłam do pierwszych drzwi. Uchyliłam je, ale w środku był pokój przypominający siłownię. Zamknęłam je i wtedy usłyszałam jakiś dziwny odgłos. Nie przypominało to niczego innego, z czym wcześniej mogłam się spotkać. Skierowałam się w stronę, z której dochodził ten dźwięk. Stanęłam pod ścianą i głęboko odetchnęłam. Hałas się nasilił, ale jednak cały czas pozostawał stłumiony. Weszłam do sypialni, z której dochodził. Louis. Siedział na łóżku, zakrywał się ramionami i kolanami. Płakał. Nawet nie zauważył, jak weszłam. Podeszłam do niego, a wtedy on podniósł głowę. Widziałam go w wielu sytuacjach, ale teraz... Był mały i bezbronny. Nie był tym Louisem, co kazał rozstrzelać Andrew, co pobił gościa, który dobierał się do mnie w parku. To był nieszczęśliwy, samotny Lou. Usiadłam na łóżku i spróbowałam go dotknąć. Uniknął mojego dotyku i odsunął się.
- Czego chcesz? - wychrypiał, jego głos był zmęczony powstrzymywaniem płaczu.
- Nie mogę spać. Co ci się stało? Czemu płaczesz?
- Nie twój zasrany interes.
- Mój. W końcu jestem dziewczyną Louisa Tomlinsona, który w tym momencie płacze i nie chce mi powiedzieć czemu.
Strzelił brwiami. Widziałam, jak powoli się przełamuje. Przybliżył się do mnie i już wyciągnął ramię, by mnie objąć, ale zaraz je cofnął.
- Wyjdź. Proszę cię, nie chcę, żebyś widziała mnie w takim stanie.
- Nie wyjdę. Boję się o ciebie.
Chłopak podskoczył i wybiegł z pokoju. Gdy usłyszałam nerwowy tupot stóp, gdy schodził po schodach, pobiegłam za nim. Zwolniłam na schodach, które prowadziły do głównego holu. Usłyszałam, jak się rozkleił całkowicie w kuchni połączonej z salonem. Zeszłam cicho po schodach i stanęłam przy wejściu. On był odwrócony do mnie plecami. Miałam ochotę podejść i go przytulić, ale byłam świadoma, że tylko pogorszę sprawę.
- Kochany…
Gwałtownie się odwrócił. Twarz miał całą zapuchniętą i czerwoną. Nie był to najlepszy widok w moim życiu, ale to był jednak mój chłopak. Podeszłam do przodu, a wtedy on się cofnął.
- Nie podchodź. – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Szłam dalej, a on dalej się cofał. W końcu złapał stojący na stoliku wazon i rzucił nim w moje nogi. Poczułam, jak małe strużki krwi leją się z moich łydek, ale ominęłam skrawki szkła.
- Muszę. Jak mam inaczej ci pomóc?
- Wyjdź. Nie chcę cię na razie widzieć.
- Czemu?
- Nieważne. – schylił głowę i odwrócił się w kierunku okna. Podniósł rękę, by otworzyć drzwi balkonowe. Zatrzymał dłoń na klamce, ale ja szybko podbiegłam i ją strąciłam.
- Nigdzie nie wyjdziesz, dopóki nie powiesz mi o co chodzi.
Odwrócił się w lewo i przeszedł w stronę równoległej ściany. Chciałam pójść za nim, ale wtedy on odwrócił się i dostałam w klatkę piersiową doniczką z fiołkami. Zgięłam się w pół i przytrzymałam parapetu. Widziałam białe kropki przed oczami. Podniosłam twarz i zobaczyłam, że Louis siedzi w kącie pomiędzy ścianą a stolikiem na telewizor. O nie. Tak to w tym domu nie będzie. Wyprostowałam się i podbiegłam do chłopaka. Postawiłam go na proste nogi i przygwoździłam do ściany. Nie stawiał się zbytnio, czyli moje zadanie było ułatwione.
- Nigdy o niczym mi nie mówisz. Zawsze o wszystkim dowiaduję się na końcu lub w ogóle! Czy ty myślisz, że ja będę tak funkcjonować?!
- Puść… Puść mnie… - wychrypiał chłopak, a ja puściłam jego koszulkę. Wtedy on osunął się na podłogę.
- Louis, nie chcę ci zrobić krzywdy, ale co się dzieje? – spojrzał się na mnie i pękł. Płakał jak małe niemowlę, które narobiło w pieluchę, jest głodne, lub po prostu potrzebuje czułości. Sądzę, że temu dziecku potrzeba dużo czułości i miłości.
Rozłożył ręce niby w geście bezradności, a ja przykucnęłam przed nim. Gdy tylko zniżyłam się do jego poziomu, natychmiast ramionami objął moją szyję i zaczął mnie przytulać oraz przepraszać. Nie wiedziałam, co się dzieje. Ten gość naprawdę jest dziwny.
- Karen.
- Co z nią?
- Ona mnie nigdy nie kochała. – wyszeptał do mojego ucha, gdy już trochę ochłonął i przestał płakać. – Ją też tak… Zabrałem z domu. Tak samo mi powiedziała. Te słowa biją mnie po uszach. „Nigdy o niczym mi nie mówisz.” Ja chcę was chronić. Ciebie. – przełknął ślinę. Bo jesteś jedyna. Ona też miała być. Ona… Ona bała się mnie. Dlatego mówiła, że kocha, że chce… Nie chcę żebyś się mnie bała. Nie chcę żebyś przeze mnie cierpiała. Nie chcę, żebyś kłamała ze strachu…
- Może na początek przestaniesz rzucać we mnie kwiatkami, a zaczniesz mi je dawać? – zachichotałam. – Będzie nam łatwiej. – ścisnęłam go mocniej – Sugerujesz, że kłamię?
- Nie, ale…
- Ale raz się przejechałeś na miłości i teraz będziesz miał problem. Raz zawiodłeś się na człowieku i każdego będziesz przykładał do miarki „Karen”. Jestem gotowa zmienić to w tobie. Bo taka jest miłość. Ta jedyna i prawdziwa.
Powoli puściłam go i podniosłam się, a Louis poszedł w ślad za mną. Chwycił mnie w pasie i poszliśmy na górę. Przed drzwiami do mojego pokoju zawahał się. Wepchnęłam go delikatnie do środka i zamknęłam drzwi.
- Poudawaj mojego misia, będzie mi łatwiej zasnąć.
- Misia srysia. – uniósł mnie do góry i posadził na łóżku. – Masz się tu nie ruszać, a ja lecę na dół po coś, żeby ci to przemyć. – wskazał palcem na moje nogi, na których ranki zdążyły już zaschnąć. Dobrze, że szkło nie weszło w skórę. Gdy tak siedziałam i oceniałam straty, Louis zdążył pognać na dół i z powrotem na górę. Podniosłam oczy, a on przykucnął przy mnie i zaczął przemywać moje nogi.
- Jakby bolało to mów. Spirytus salicylowy, więc wiesz… Woda utleniona wyszła.
Nie zwracałam uwagi na pieczenie i ból w łydkach, bo podziwiałam  jego delikatne rysy twarzy i tą opiekuńczość, która się na niej malowała, gdy odkładał zakrwawioną chusteczkę i nasączał spirytusem kolejną.
- Nie boli.
- To dobrze. Przesuń się trochę.
Posłusznie cofnęłam do ściany i się położyłam. Louis wstał i zakręcił buteleczkę, po czym odłożył ją na stolik. Odchylił kołdrę i wsunął się pod nią. Zakrył mnie swoim ramieniem, a ja czułam się dobrze, bo wiedziałam, że on mnie kocha.
- Przepraszam. Już nigdy więcej… Nie ucierpisz przeze mnie. Nigdy przenigdy.
- Wybaczę ci pod jednym warunkiem. – szepnęłam.
- Zamieniam się w słuch.
- Zaśpiewaj mi. Lubię cię słuchać.
- To zamknij oczy. – wykonałam jego polecenie.
- Już.
- Dwadzieścia sekund na zaległości, dodatkowo
Zaledwie dwadzieścia sekund "nim zostaniemy porwani przez falę"
Kroczymy po wodzie, pod osłoną nocy
I jesteśmy oniemiali, po prostu oniemiali.
Ponieważ masz mnie tam gdzie chciałaś
Podczas gdy fala tsunami niszczy
Krajobraz w którym stworzyliśmy nasz dom
W naszych głowach…

niedziela, 26 maja 2013

Między rozdziałami x

Pomyślałam, że może fajnie byłoby, gdybym zrobiła taką "subskrypcję" czy pies jeden wie jak to się zwie XD
Jeśli chcielibyście być informowani o nowych rozdziałach, to podajcie swoje tt (lub adresy e-mail) w komentarzu :) x

piątek, 24 maja 2013

Rozdział IX

Ojoj. To już IX o.o
Dziękuję każdemu, kto czyta i każdemu, kto skomentował. Na serio jest to dla mnie duża motywacja do pisania, zwłaszcza, że moje zdrowie coś szwankuje. To jeszcze raz wielkie dzięki i życzę miłej lektury :) x
______________

Ze snu wyrwał mnie sygnał smsa. Podniosłam głowę z torsu Louisa i spojrzałam się na telefon, który mrygał w odległości jakiegoś metra od nas. Wyciągnęłam rękę, ale nie dosięgnęłam aparatu. Byłam pewna, że to przez chłopaka, który ciężarem swojego ramienia przyciskał mnie do siebie. Odpłacę ci się za to, zobaczysz.
- Louis. – mruknęłam do jego ucha – Skarbie, puść mnie.
- Nie. – uśmiechnął się, nadal nie otwierając oczu.
Spróbowałam wyjść dołem, podważyć jego palce, a nawet próbowałam go łaskotać w obojczyki. Jedyne miejsce, w którym ma łaskotki. Trzeba było sobie to zanotować. Nagle Louis wepchnął swoją rękę pod moją pachę. Przesunął ją trochę niżej, idealnie na moją pierś, którą po chwili ścisnął. Uderzyłam go prostą dłonią w policzek, na co on syknął i podał mi telefon.
- No widzisz, jak niewiele mi do szczęścia potrzeba? - uśmiechnęłam się do niego, a on rozmasowywał swój polik. Na wyświetlaczu zobaczyłam, że wiadomość przyszła od Megan.
'Zabiłaś go już? :)
'
Zachichotałam, a chłopak próbował wyjąć komórkę z moich rąk, by zobaczyć, co mnie tak bawi. Nie dałam mu.
'Jego trup właśnie pode mną leży. Odpiszę później. :)
 x'
- Nie trzymaj mnie w niepewności... Proszę...
- Co chcesz wiedzieć? - podniosłam się na kolana.
- Megan czy Margaret?
- Co ci za różnica?
- Chcę wiedzieć, którą mam zabić. Przeszkodziła w naszej idealnej pierwszej nocy!
Czasownik "zabić" niezbyt dobrze brzmiał w jego ustach. Skrzywiłam się i przygryzłam wargę, po czym zaczęłam bawić się palcami. Chyba zauważył moje zmieszanie, bo po chwili złapał mnie za dłoń i pogłaskał po niej.
- W sensie przenośnym, głuptasie.
Podniosłam się z podłogi i zebrałam moje ubrania. Podeszłam do szafy Louisa i otworzyłam ją. Chłopak patrzył się na mnie ciekawskim wzrokiem, a ja wyciągnęłam bluzę i naciągnęłam ją na nagie ciało.
- Później Ci oddam.
- Boisz się przejść nago po mieszkaniu?
- Jeszcze ktoś mnie podejrzy, a ja chcę zachować... Moją nagość tylko dla ciebie. - posłałam mu buziaka. Zauważyłam, że jego przyjaciel trochę się podniósł. Zachichotałam. Lou, trochę spłoszony, złapał swoją koszulkę i się nią zakrył. Wyszłam z pokoju i nie mogłam uwierzyć, gdzie jestem. Przedpokój w kształcie okręgu wyglądał jak z jakiegoś pałacu. Cały był w stonowanych kolorach, brązach i kremach. Przeszłam parę kroków i zeszłam po schodach. Przebiegłam "mój" korytarz i znalazłam się w mojej sypialni. Z szafki wyjęłam jeansy i t-shirt i z całym naręczem ciuchów poszłam do łazienki. Te, co nosiłam wczoraj, wrzuciłam do pralki. Potem weszłam pod prysznic. Umyłam się, ubrałam i wróciłam do mojego pokoju. Spakowałam książki na uczelnię i zeszłam na dół. Zobaczyłam, jak Louis stoi oparty o blat kuchenny i rozmawia z kimś przez telefon. Na mój widok szybko zakończył rozmowę. Przez chwilę bawił się komórką, ale zaraz ją odłożył. Koło niej wylądowała moja torba. Zarzuciłam chłopakowi ręce na szyję i pocałowałam go w nos. - Okłamałaś mnie.
- Kiedy?
- Mówiłaś, że to był twój pierwszy raz, a nie był. Byłaś za dobra. - przesunął nosem po mojej szyi.
- Ekhem... Skończcie się miziać.
Odwróciłam się, a w drzwiach zobaczyłam Harry'ego. Odsunęłam się od Louisa, który pozostał niewzruszony.
- Czemu niby? - Lou wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Helen... To nie miało tak być. - Harry odwrócił się na pięcie i wybiegł. Stałam przez chwilę w osłupieniu, ale już po chwili wsunęłam na nogi trampki i pobiegłam za moim bratem.
- Harry! Zatrzymaj się! - dobiegłam do niego i złapałam go za ramię.
- Zostaw mnie. - wysyczał, nie odwracając się do mnie.
- Nie rób scen.
- To ty robisz sceny. Ty się z nim przespałaś! I to niby nie ma być miłość! Powiedz mi. Ty się w nim zakochałaś, nie jest tak? - odwrócił się w moją stronę i złapał mnie za ramiona - A to co? To on ci zrobił?! - przejechał palcem po mojej żuchwie. - Kurwa. Wiedziałem. Co ja zrobiłem..?
- Puść mnie. Proszę. - rozluźnił uścisk, a po chwili zdjął swoje dłonie z moich ramion - On jest trochę porywczy...
- Masz siniaka przez cały policzek...
- Tak. Ale on mnie potrzebuje.
- Żeby się wyżyć?!
- Słuchaj mnie w tym momencie. Louis chciał mnie puścić do domu. Chciał, żebym odeszła. Nie zostawiłam go.
- Mogłaś..? Czemu tego nie zrobiłaś?!
- Bo on mnie potrzebuje. Nie wiem, co by beze mnie zrobił.
- Przejmujesz się nim? On ma cię w dupie. Twoje życie jest dla niego nieważne.
Milczałam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie mogłam bratu opowiedzieć o wszystkim. Nie mogłam mu powiedzieć o Karen, Lily, matce Louisa ani o tym, że on się po prostu boi się być opuszczonym po raz kolejny. Po prostu nie mogłam. Zacisnęłam zęby, a łza poleciała po moim policzku. On nie zrozumie...
- Hej? Odpowiesz mi? Przejmujesz się nim? On nam zabił ojca. On nie zasługuje na litość, a tym bardziej na twoją miłość. - podniósł podbródek tak, by mógł spojrzeć mi się w oczy.
- Może i tak. Ale ja zasługuję na szczęście. A przy nim jestem szczęśliwa.
- Tydzień.
- Co?
- Tydzień. Na decyzję. Kochasz jego czy chcesz być nadal moją siostrą.
- Harry!
- Nie. Następny poniedziałek, godzina 18, tutaj. Na razie... Cześć. - uśmiechnął się, ukazując swoje dołeczki w policzkach. Odwrócił się na pięcie i odszedł, a ja pobiegłam na przystanek.
***
- Kochanie, co się stało?
Stałam oparta o szklane drzwi do ogrodu, a Louis podszedł do mnie i stanął obok. Chwycił moją dłoń, ale ja natychmiast wyjęłam ją z jego uścisku. Chłopak przechylił głowę i oparł ją o szybę. Na dworzu było już ciemno. Była godzina dwudziesta trzecia, ale ja nie mogłam usnąć. Moja głowa zajęta była jedną myślą. Bardziej kocham mojego brata czy Louisa? Kogo bardziej potrzebuję? Czy w ogóle kogoś potrzebuję? Wyprostowałam się i głębiej odetchnęłam.
- Czemu jesteś smutna? Co cię martwi?
Lou złapał za mój kucyk i przerzucił go przez moje ramię. Chciał złapać mój wzrok, ale ja konsekwentnie odwracałam twarz w innym kierunku.
- Coś źle zrobiłem?
Pierwsza łza spłynęła mi po policzku. ‘To nie ty, Louis. A może i ty. Czemu zabiłeś mojego ojca? Dzisiaj moglibyśmy być szczęśliwi.’ Głos odmówił mi posłuszeństwa. Co ja gadam? Mój ojciec… Czy jest zadowolony z tego, że umawiam się z jego mordercą? Osobą, która pozbawiła go życia? Jedyna racjonalna odpowiedź brzmiała ‘Nie’.
- Boli cię coś?
‘Serce. To jest miłość, czy szaleństwo?’
- Żałujesz tego, że się ze mną kochałaś?
‘Nie. Nie żałuję ani jednej sekundy z tobą spędzonej.’
- To ja teraz pobawię się w wróżkę. Jesteś zła na siebie, bo zabiłem twojego ojca. Bo zakochałaś się w mordercy swojego ojca.
Skinęłam głową.
- Prawda jest taka, że… Nie ja go zabiłem. To nie byłem ja, ani rozkaz strzelenia do niego nie wyszedł z moich ust.
- Kłamiesz.
- Czemu tak sądzisz?
- Czemu nagle mówisz, że to nie ty go zabiłeś? Żeby sprawić, że poczuję się lepiej?
- Przez dwa lata nie wiedziałem, kto to był. Do dzisiaj podejrzewam kogoś z moich ludzi. Wziąłem całą winę na siebie, bo jeśli bym jej nie wziął… To by oznaczało istnienie drugiej grupy takiej jak moja, która jest silniejsza. Wasza rodzina była od prawie samego początku pod ścisłym nadzorem. To, że twój ojciec został zastrzelony to było czyste niedopatrzenie. Jakby ktokolwiek dowiedział się, że to nie ja go zabiłem, wybuchłaby panika, a ja zostałbym sam.
- Masz jakiś dowód?
Chłopak odwrócił się i podszedł do długiego regału. Otworzył przeszklone drzwiczki i wyjął z nich kartkę. Podszedł do mnie i pokazał mi ją. Była to pocztówka.
- Proszę.
- Dowód?
- Kartka nadana we Florencji, w dniu, w którym twój ojciec zginął. Na broni były tylko odciski moich palców, więc to mogłem być tylko ja, albo ktoś ukradł mi pistolet. Nie mam go. Zaginął.
Spojrzałam się na Louisa, potem na kartkę, a potem jeszcze raz na chłopaka.
- To znaczy, że…
- Że morderca jest cały czas na wolności.
- I żadne z nas nie jest bezpieczne.

środa, 22 maja 2013

Rozdział VIII

W woli wyjaśnienia:
Pogrubiona czcionka to wspomnienie z perspektywy Louisa (czyt. jego ojciec opisał to trochę inaczej :))
___________________________


- Powiedz mi coś więcej o swojej rodzinie.
- Czemu?
- Ty wiesz o mojej wszystko, a ja o twojej nic.
Ścisnął kierownicę, aż jego kłykcie stały się białe.
- Nie sądzę, że powinnaś wiedzieć. Kiedyś.
- Wszystko ma być kiedyś.
- Tak, bo wszystko musi się kiedyś wydarzyć.
Zamilkliśmy. Atmosfera w aucie stała się tak gęsta, że oddychać było trudno. Miałam ochotę stamtąd wysiąść, ale musiałam zostać. Louis mnie potrzebował. Odetchnęłam głęboko. A ja potrzebowałam jego.
Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. A zwłaszcza w to, że można zakochać się w człowieku, który zabrał ci wszystko. To było po prostu niemożliwe do momentu, w którym poznałam jego. ‘Wszystko musi się kiedyś zdarzyć’.
Srebrny Mercedes podjechał pod główne szpitalne wejście. Wyszłam z samochodu i spojrzałam się na Louisa. Był zamyślony, jakby nieobecny. Złapałam go za rękę, ale on wyciągnął ją z mojego uścisku. Przeszedł parę kroków i odwrócił się do mnie.
- Idziesz, czy będziesz tak stała?
***
Weszliśmy do jasno zielonej salki, w której leżał tylko jeden mężczyzna. Był umięśniony, ale wyglądał na zmęczonego. Do jego ramienia przyczepiona była kroplówka.
- Cześć tato.
Louis podszedł do niego i chwycił za rękę. Stanęłam za chłopakiem i obserwowałam reakcję leżącego mężczyzny. Otworzył oczy i spojrzał na syna szarymi oczami. Wtedy dowiedziałam się, po kim Lou odziedziczył to hipnotyzujące spojrzenie.
- Cześć, Louis. Zmieniłeś się. – wychrypiał.
- Może trochę. Tato, to jest moja dziewczyna, Helena. – mężczyzna uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę.
- Trevor, miło mi cię poznać.
Zawsze wyobrażałam sobie inaczej poznanie rodziców mojego partnera. Zwłaszcza tego pierwszego. Marzyłam o kolacji w restauracji, że będę miała połyskującą sukienkę do kolan i dwudziestocentymetrowe szpilki oraz że oczaruję jego rodziców swoją elokwencją i skromnością.
Rzeczywistość była całkowicie inna.
Stałam w obskurnej szpitalnej sali w trochę znoszonych jeansach i przydużym t-shircie nad łóżkiem umierającego ojca mojego chłopaka. Byłam ciekawa, gdzie podziewa się mama Louisa.
- Mi również. – uścisnęłam delikatnie dłoń i rzuciłam Louisowi pytające spojrzenie. Podłapał je i poruszył ustami. Znałam ten układ warg zbyt dobrze. ‘Kiedyś’.
- Tato, czemu wcześniej mnie nie powiadomiłeś? – rzucił rzeczowo Lou.
- Nie chciałem mieć z tobą kontaktu. Sam dobrze wiesz, czemu. – chłopak ukucnął przy łóżku i złapał swojego ojca za rękę.
- To może teraz też mam wyjść, skoro nie chcesz mieć ze mną kontaktu?
- Nie wychodź. Chciałem nadrobić to, co straciliśmy.
- Nic już nie nadrobimy. – chłopak poderwał się i wybiegł z sali.
- Przepraszam, ja pójdę za nim.
- Dobrze, trzymaj się. On zawsze był porywczy.
Pobiegłam w dół schodami i zobaczyłam, jak Louis chowa się w łazience. Męskiej łazience. Przeklnęłam cicho pod nosem, gdy popychałam drzwi. Stał roztrzęsiony nad umywalką. Podeszłam do niego i przejechałam ręką po jego plecach. Odwrócił się do mnie i złapał mnie za nadgarstek. W jego oczach widziałam ból i nienawiść. Po chwili poczułam silne uderzenie na policzku. Zaraz kolejne. Po chwili uderzył mnie pięścią. Raz, drugi, trzeci. Gdy ocknęłam się z oszołomienia, popchnęłam go na ścianę. Był jeszcze bardziej wkurzony. Nagle z mojego nosa polała się krew. Odwróciłam się i znalazłam ręcznik jednorazowy. Urwałam dwa listki i przytrzymałam przy nosie. Spojrzałam się na lustro, które wisiało nad umywalkami i wyszłam stamtąd. Przeszłam niezauważona przez pół szpitala i z niego wyszłam. Skierowałam się na ławkę i wyrzuciłam papier, który nie był mi już potrzebny, bo krwotok ustał. Usiadłam i z torebki wyjęłam lusterko, by się w nim przejrzeć. Po obu stronach twarzy zauważyłam zaczerwienie. Dobrze, że nie dotknął mnie palcami, bo wtedy wyglądałoby to podejrzanie. Poszukałam podkładu, który nosił tylko dlatego, bo Margaret dała mi go na urodziny i nałożyłam na twarz. Gdy skończyłam i uznałam, że mogę się pokazać ludziom, zobaczyłam, jak Louis wychodzi z budynku. Rozejrzał się i chyba mnie nie dostrzegł, bo wsiadł do samochodu i odjechał. Wtedy ja podniosłam się z ławki i weszłam do szpitala. Musiałam się dowiedzieć paru rzeczy.
***
- O, jak miło cię widzieć. Co z moim synem? – starszy mężczyzna podniósł głowę na mój widok.
- On ma się chyba dobrze. Pojechał do domu, był trochę zdenerwowany.
- Aha, właśnie widzę to trochę… - podniósł dłoń i pokazał małą, czerwoną plamkę na mojej bluzce.
- O Boże. – dopiero w tamtym momencie dostrzegłam plamkę krwi. Nie zważając na nią zbytnio, przyniosłam spod okna krzesło i ustawiwszy je obok łóżka, usiadłam na nim. – Proszę pana. Mam naprawdę ważną rzecz i Louis nie chce mi o niej powiedzieć i może pan…
- Trevor…
- Może pan mi powiedziałby co się stało…?
- O czym wiesz? – mężczyzna podniósł na mnie oczy.
- Wiem o Karen i Lily.
- Co cię nurtuje?
- Louis nie chciał mi powiedzieć, czemu Lily nie żyje. Wiem, że to może być dla niego ciężkie lub zbyt świeże, ale chciałabym… Naprawdę chcę mu pomóc.
- Jeśli wiesz o Karen, to pewnie też wiesz, że zginęła. Z tego co wiem…
- Louis, nie mogę być z tobą dłużej.
- Tyle lat mogłaś, czy to, że znasz prawdę, zmieniło coś?
- Tak, okłamywałeś mnie tyle lat! Zabieram Lily. Za tydzień dam znać, czy cokolwiek się zmieniło, ale w to wątpię.
Wyszła i trzasnęła drzwiami. Osunąłem się po ścianie i zacząłem płakać jak małe, bezbronne dziecko. Nigdy nie płakałem. Teraz miałem poczucie, że tracę coś najcenniejszego w moim życiu. Moją narzeczoną i moją córkę.
Tydzień później zadzwonił do niej. Nie odebrała jednak Karen, a jej matka.
- Dzień dobry. Mógłbym prosić Karen do telefonu?- w odpowiedzi usłyszałem jedynie cichy szloch – Przepraszam, mógłbym prosić Karen do telefonu?
- Karen nie żyje! I to przez ciebie!
Nogi ugięły się pode mną. Usiadłem na podłodze i zacząłem wypytywać się o szczegóły. Karen wyszła na spacer z naszą córką. Chciała pójść do parku, ale na przejściu dla pieszych potrącił ją pijany kierowca. Zmarła dzisiaj rano.
- To… tragiczne.
- Tak, Louis długo się nie mógł pozbierać. Gdy moja żona usłyszała o śmierci przyszłej synowej i wnuczki… Miała zawał. Nie uratowali jej.
- Przykro mi…
- Nie martw się, to było 3 lata temu… Czas zagoił w jakiejś części rany.
- Przepraszam, że pana naciągnęłam na takie zwierzenia…
- Nie szkodzi. Powinnaś była wiedzieć. Ale i tak Louis traktuje cię poważnie, skoro powiedział ci o Karen i Lily. Doceń to, proszę. Bądź dobra dla mojego syna, on tego potrzebuje.
- Dobrze, będę. Obiecuję.
***
- Halo?
- Cześć Louis. Z tej strony twoja niedawno pobita… Hmm… Współlokatorka. Dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o twojej przeszłości. Czy mógłbyś być tak dobry i przyjechać pod szpital? Muszę z tobą pogadać.
Przez dłuższą chwilę po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. W końcu usłyszałam siarczyste przekleństwo.
- Zaraz będę. Nie ruszaj się stamtąd.
Po jakichś piętnastu minutach zobaczyłam, jak srebrne auto wjeżdża na przyszpitalny parking. Podeszłam do niego i usiadłam obok kierowcy.
- Co wiesz?
- Może trochę milej do swojej dziewczyny? Wszystko wiem.
- I co masz zamiar z tym zrobić? Lepiej się czujesz z tą wiedzą?
- A żebyś wiedział. Teraz wiem, co ci siedzi w duszy.
- Skąd możesz wiedzieć…
- Jesteś przerażony. Boisz się wszystkiego. Straciłeś trzy najważniejsze kobiety w swoim życiu i swojego ojca. On już raz dla ciebie umarł, czyż nie? – Louis wyjechał z parkingu i wjechał w las. – Umarł dla ciebie, kiedy usłyszałeś od niego, że to przez ciebie one nie żyją. Przez twoje głupie zachowanie. Nie wiem tego na pewno, ale jest to jedyny racjonalny powód dla którego mogłeś z nim zerwać kontakt. Nie miałeś nikogo. Wplątałeś się w alkohol, panienki i imprezy. Tak było? – nie doczekałam się odpowiedzi, więc kontynuowałam wypowiedź. – Było tak. Chciałeś zapić poczucie samotności i tego, że dla każdego jesteś nieważny.  Dla tamtych lasek liczyła się tylko twoja kasa i może umiejętności w łóżku. Nie widziały tego Louisa, którego ja widzę. Nie miały pojęcia z kim mają do czynienia. A wtedy poznałeś mnie. – przełknęłam głośno ślinę. – Zgaduję bezbłędnie wszystkie twoje myśli, interesuję się tobą. Czy którakolwiek, która wcześniej widziała to zdjęcie, zainteresowała się, kto na nim jest? Nie sądzę. Może nawet go nie zauważyły. A ja byłam na tyle głupia i odważna, by pójść do twojego ojca i wypytać go o to. Bo się o ciebie martwię.
Gdy zatrzymał samochód, zauważyłam, że jesteśmy pod jego domem. Podszedł do moich drzwi i otworzył je. Wysiadłam z auta i poszłam za nim do domu. Weszliśmy do holu, a wtedy on złapał mnie za rękę i obrócił do siebie. Przycisnął swoje usta do moich i nie pozwolił mi oddychać. Odsunął się ode mnie, ale nasze czoła nadal się stykały.
- Chcę poznać wszystkie twoje tajemnice. Czuję, że jesteśmy jak dwie połówki jabłka. Pozwolisz mi? – objął mnie w pasie i złapał pomiędzy palce brzeg mojej bluzki.
- Wszystkie moje tajemnice? Brzmi kusząco. – zarzuciłam mu ręce na szyję i pozwoliłam zanieść się do jego sypialni. Położył mnie na łóżku i zamknął drzwi. Po chwil ubrania leżały pod ścianą, a nasze nagie ciała były splecione.
____________________
Nie będzie bardziej szczegółowego opisu zbliżenia intymnego, ponieważ... NIE I KONIEC. JA SIĘ DO TAKICH RZECZY NIE NADAJĘ XD