sobota, 15 czerwca 2013

Rozdział XI

A więc wracam po dłuuuuuuuuuugiej przerwie z nowym rozdziałem.
Przepraszam za taką zwłokę, ale za dużo problemów nałożyło się naraz... No i pies...
ALE HOPE YOU ENJOY XD
_____________________________________


Nie ogarnęłam, gdy zdarłam z kalendarza ściennego kartkę z napisem ‘Niedziela’. Czas minął tak szybko. Rano wyszłam na uczelnię, a gdy wróciłam, była już 17.
Opadłam ciężko na fotel. Jak wytłumaczyć to wszystko Harry’emu? Wychodziło to już dawno poza możliwości normalnego rozumowania. Potarłam skronie, zawsze mi to pomagało, gdy się denerwowałam. Odetchnęłam głębiej i sięgnęłam do plecaka. Wyjęłam z niego telefon i zaczęłam przeskakiwać po kontaktach. Wybrałam numer do Louisa. Odebrał po czwartym sygnale.
- Halo, Helen, co się stało?
- Cześć. Miałeś być. Poniedziałek, kochany.
- Kurde. Za pół godziny będę w domu, okay? Przepraszam, zasiedziałem się trochę.
Skupiłam się na odgłosach w tle. Ktoś krzyczał. Usłyszałam czyjeś ‘Szefie’ i zastanowiłam się, co robi teraz Lou.
- Co ty do cholery robisz?
- Załatwiam swoje sprawy. – gwizd rozległ się w słuchawce i przeszył moje uszy. A zaraz potem wystrzał. Krzyk momentalnie ustał. Zaparło mi dech w piersiach.
- Louis…
- Słucham kochanie? – odpowiedział rozradowanym głosem.
- Co ty do cholery robisz?
- Nic. – odstawił słuchawkę od ucha i zaczął do kogoś mówić. – Za miasto. I żeby nie było jak ostatnio, że psy wytropiły, bo jaja wam z fiutem urwę. Zrozumiano?
- Louis! Wszystko do cholery słyszę!
Zaczął gwizdać prosto do telefonu.
- Ja też, uwierz mi.
- Wracaj do domu.
- Już się robi, księżniczko.
- Masz przejebane, czaisz?
Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na dywan. Odbił się trzy razy i upadł pod drugi fotel. Po chwili rozległ się dzwonek przychodzącego połączenia, ale zignorowałam go całkowicie. Rozciągnęłam się w moim siedzeniu i zaczęłam wspominać. Nie lubię przeszłości, jest zbyt bolesna, by o niej myśleć. Teraz jednak przypomniał mi się bardzo ciekawy moment mojego życia, który może mi pomóc w wytłumaczeniu Harry’emu, że musi mi uwierzyć.
***
- O, przyszłaś. Czy to znaczy, że…?
- Siedź cicho. – poprawiłam torbę na ramieniu. – Louis się zgubił po drodze, bo trampki mu się rozsznurowały, a potem dzika gonił  po lesie. Dziecko.
- Już jestem. – po chwili dotruchtał do nas Lou.
- Witaj.
- Siema, Harry.
Brat spojrzał się na mnie wyczekującym spojrzeniem. Spuściłam wzrok, a oczy wbiłam w jego trampki. Jego ulubione, miętowe trampki. Drugie.
- Jak tam decyzja?
- Pamiętasz, jak osądziłeś Tony’ego o to, że ukradł ci z szafki trampki po treningu, a potem je pociął i powiesił na drzewie przed pływalnią?
- Harry, trenowałeś…
- Zamknij się, teraz ja mówię. Pamiętasz, czy nie?
- Jasne, że pamiętam. – zacisnął zęby. – Chcesz ze mnie łzy wybudzić czy jak?
- No na pewno. A pamiętasz jak potem przywaliłeś Tony’emu w twarz tak, że miał śliwkę pod okiem?
- Tak.
- A pamiętasz, jak się okazało, że to nie był Tony, a Mike i sfingował to wszystko, bo chciał, żebyś się przestał kumplować z Tony’m?
- Jasne. To było dziwne. Ale… Co to ma do rzeczy..?
- Mamy podobną sytuację. To nie Louis zabił naszego tatę.
- Cooo? Przecież… Wszyscy dobrze wiedzą… Sam strzelał…
- Właśnie nie. On był wtedy z Karen na wakacjach. A mówi, że nikomu nie kazał. Ja mu wierzę.
- Nikomu nie kazał. Kurwa.
- Słucham?
- Wszyscy się dowiedzieli o tej śmierci ode mnie. Potem przyjechał Louis i wziął wszystko na siebie. Jeśli to nie on… Lub sobie wynalazł jakiegoś dupka i teraz nam kit wciska.
- Po co miałbym wam wciskać kit? – odezwał się Lou.
- Bo nie chcesz stracić mojej siostry. Myślisz, że nie widzę?
Louis przygryzł wargę i opuścił głowę. Zwątpiłam w tamtym momencie w prawdziwość jego wcześniejszych zapewnień.
- Nie okłamałbym nigdy osoby, którą naprawdę kocham. Zrozum to Harry. Może i jestem chamem bez serca, ale to serce gdzieś tam siedzi i czasem zabije.
- Zabije. – prychnął mój brat.
- Harry, ogarnij się, proszę.
- Dobra. Ale jak ja mam ci uwierzyć. Po tym wszystkim co nam zrobiłeś. Nie ogarniam mojej siostry, ale jest po prostu… zakochana. – ostatnie słowo wypluł jak najgorsze przekleństwo. – Zakochani ludzie są pojebani. Nie myślą racjonalnie, a gdyby ich nagrał i puścił jak się już odkochają… Mieliby niezłą bekę z samych siebie.
- Dobra, słowo, a zaraz mnie szlag strzeli.
- No to zamierzasz zrobić?
- Chcę, żebyście razem znaleźli mordercę ojca, tak? Proszę was, raz musicie się zgrać.
- Kolejny raz, wspólniku? – Louis się wyprostował i splótł ręce z tyłu.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Kurwa, Styles, bądź facetem, co?
- Słucham? – mój brat pochylił się w stronę Lou.
- Zachowujesz się jak pedał. – dźgnął go palcem w brzuch. – Twoja siostra jest bezpieczna, a ja mogę ci pomóc odegrać się na mordercy ojca. Idealna sytuacja, a ten skurczybyk się waha. No cholera by to wzięła…
- Nie jestem pedałem.
- Udowodnij.
Pięść wylądowała na twarzy Louisa, a z jego nosa poleciała krew. Chłopak zachwiał się na nogach, ale po chwili wrócił do pionu. Wytarł nos i chwycił Harry’ego za koszulkę, po czym podniósł go do góry. Wcisnęłam ręce pomiędzy nich i spróbowałam ich rozdzielić. Za trzecim razem udało mi się. Stali w odległości pięciu metrów od siebie i mierzyli się zabójczym wzrokiem.
- Przedszkolaki.
- No chyba ty! – zakrzyknęli obaj jednocześnie. Po chwili zaczęli się śmiać. Podeszli do siebie i podali sobie ręce.
- Wspólnicy! – znowu krzyknęli jednocześnie, a ja stałam i nie wiedziałam, co się właśnie dzieje na moich oczach.
Rozgrywka się dopiero rozpoczęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobało się? Skomentuj!