sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział XII

Przepraszam was za taką obsuwę, po prostu mam małe problemy z sobą i nie mam zbytnio głowy do pisania. Ale jednak mam ten XII :P Miłego czytania i jeszcze raz przepraszam x
___________________________________

Przez następny rok nic ciekawego się nie działo. Chłopaki próbowali siebie tolerować, co wychodziło im opornie, ale zawsze jakoś. Lepsze to niż rosyjska ruletka, w którą na początku chcieli zagrać. Kontaktowali się tylko, gdy Louis sądził, że ma coś nowego. Zawsze jednak okazywało się to być fałszywym alarmem. Ja skończyłam studia, ale zamiast szukać porządnej pełnoetatowej pracy, siedziałam w domu i zajmowałam się tłumaczeniem na własną rękę. Nie zniosłabym bezczynności, a to, że miałam pieniądze na swoje zachcianki to tylko atut. Harry chodził zdenerwowany jak nigdy. Czasami gdy byłam u mamy widziałam jak chodził w kółko po swoim pokoju i rzucał różnymi przedmiotami.
Mama… Ta kobieta dużo przeszła i była już odporna. Gdy powiedziałam jej, jak wygląda sytuacja, zamknęła się z Louisem w pokoju. Siedzieli tam bardzo długo, do zmierzchu. Umierałam z niecierpliwości siedząc w kuchni i patrząc się na zegarek. Godziny mijały, a oni nadal rozmawiali. Myślałam, że nigdy nie skończą. W końcu usłyszałam skrzypnięcie tych starych, drewnianych drzwi kuchennych a w progu pojawiła się moja mama, a za nią szedł Louis. Kobieta była uśmiechnięta, a Louis szedł z opuszczoną głową, jednak gdy tylko mnie zobaczył podniósł oczy i posłał mi uśmiech. Wyprostowałam się na taborecie. Położyłam dłonie równo na kolanach. Mama podeszła do zlewu, odwróciła się w moją stronę po czym złapała mnie za ręce i pochyliła się do mojego ucha.
- Zawsze cię będę wspierać i wierzę, że Louis jest tym właściwym. Kochasz go?
Odsunęła swoje usta od mojego policzka i spojrzała się w moje oczy. Podniosła palec do moich rzęs i otarła z nich łzę.
- Tak. – szepnęłam, a po chwili wybuchłam płaczem szczęścia. Rzuciłam się mamie w ramiona. Byłam szczęśliwa, że miałam ją.
***

- Louis, jesteś gotowy?
- Nie chcę, mówiłem, nigdzie nie jadę.
- Obiecałeś mi.
Spojrzałam się z niecierpliwością na zegarek na moim nadgarstku. Nerwowo zastukałam obcasami. W końcu zza drzwi łazienki wyłoniła się mokra, rozczochrana głowa Lou. Posłał mi pełne nieuzasadnionego bólu spojrzenie.
- Serio?
- Tak, wczoraj.
- Och no wiesz… Wczoraj dużo rzeczy się działo. - zachrząkał znacząco, po czym oberwał moją torebkę w twarz. Schował się z powrotem do środka. - Za co?
- Za niewinność. Szybko się ubieraj, za 10 minut masz być suchy i w ciuchach na dole.
Zbiegłam po schodach w akompaniamencie cichych przekleństw dobiegających z toalety, gdy chłopak szukał suszarki. Usiadłam na kanapie w salonie i czekałam, aż po schodach zejdzie bosy Lou. Skręcił automatycznie w lewo i szedł w moją stronę pocierając włosy ręcznikiem. Zatrzymał się dwa kroki ode mnie i zdjął ścierkę z głowy. Wilgotne kosmyki odstawały w każdym kierunku świata. Wyglądał… niezwykle uroczo. Podniosłam się z sofy i podeszłam do niego. Przejechałam palcami po jego czuprynie, a on złapał mnie za dłoń i pocałował w sam środek.
- Idziemy?
- Boję się. – szepnął cicho i opuścił moją rękę. Widziałam, że jego oczy się zaszkliły. Szybko objęłam go ramionami i przycisnęłam do siebie.
- Nie masz czego, zawsze będę przy tobie.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
***
Zajrzałam ukradkiem przez szklane drzwi i rzuciłam Louisowi pełne wyczekiwania spojrzenie. On tylko podparł ścianę i nie miał zamiaru ruszać się stamtąd. Podeszłam do niego i złapałam go za ramię. Ścisnęłam je, aż skóra pod moimi palcami zrobiła się biała.
- Puść mnie. – patrzył się tępo w ścianę i nie zwracał na mnie uwagi.
- Obiecałeś coś.
- Odwidziało mi się. – odburknął.
- Miałeś to zrobić dla mnie.
- Nie jesteś moją panią, a ja twoim psem.
- Louis!
Odsunęłam się od niego parę kroków i spojrzałam z dystansu. Na jego twarzy nie malowały się żadne uczucia. Nic, zero, pokerowa maska. On na serio potrafił się dobrze ukrywać z przeżyciami.
- Słucham, Helen?
- Wejdź tam, przywitaj się i dosłownie za chwilę puszczę cię wolnego. Proszę.
Wiedziałam, że jeśli wejdzie na moment do sali, pomiędzy nim a jego ojcem może wywiązać się rozmowa, a już moja w tym głowa, by nakierować ją tak, aby Louis go przeprosił. Aby oboje się pogodzili. Kombinując nad tym planem zarwałam parę ładnych nocy, a on tu nagle mówi, że nie wejdzie do środka. Dorwę kiedyś małpiszona.
- Okay.
Odepchnął się od ściany i minął mnie, po czym pchnął przeszklone drzwi i wszedł do środka. Ruszyłam za nim i stanęłam w progu. Nie słyszałam o czym rozmawiają, ale już po chwili Lou podniósł się z krzesła i wybiegł. Rzucił do mnie, że będzie czekał w samochodzie. Postanowiłam wejść do pomieszczenia. Mężczyzna ciężko oddychał, a jego serce zwolniło rytm, co było widać na maszynie podłączonej do jego klatki. Wybiegłam i zawołałam pomoc, lecz było już za późno.
***
- Odezwij się cokolwiek, proszę.
- Co mam ci powiedzieć? No co?
- Cisza nie jest dobrym rozwiązaniem. – Helen odwróciła wzrok w kierunku okna. Patrzyła na mijane zabudowania i drzewa. Louis nerwowo uderzył dłonią w kierownicę. Raz. Drugi. Trzeci. Łzy pojawiły się w jego oczach. Dziewczyna złapała go za rękę, a oczy skierowała na jego ustach, które niebezpiecznie drżały.
- Nie mam już nic, rozumiesz? Matka nie żyje, narzeczona też nie, córka też nie, ojciec niedawno zmarł…
- Masz mnie.
- Ty też niedługo mnie zostawisz. – w jednej sekundzie wrócił do swojego opanowanego wyglądu. Bił od niego chłód i dystans.
- Kochanie… Wiesz, że nie. Jak mam ci udowodnić?
- Wyjdź za mnie.
Louis podniósł brew i z zaciekawieniem oczekiwał reakcji swojej dziewczyny. Ona zaczęła nerwowo skubać paznokcie i przygryzać wargę. W końcu podniosła na niego oczy i kiwnęła głową na ‘Tak’.
- Powiedz to, proszę.
- A pierścionek to gdzie?
Śmiech zakochanych przesycony bólem rozniósł się po samochodzie.
***
Chłopak tuż po zaparkowaniu szybko przebiegł do drzwi od strony pasażera i je otworzył, po czym pomógł dziewczynie wyjść z samochodu. Ona wzięła swoją torebkę i poszła za Louisem, który grzebał po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy do domu. W końcu pobrzękujący metal znalazł się w jego dłoni i zaczął celować nim w dziurkę.
Za jego plecami Helen zrobiła się blada mimo panującej przyjemnej, marcowej pogody. Przytrzymała się balustrady przy schodkach i po chwili osunęła się po niej. Louis odwrócił się, by jak gentleman przepuścić ją przodem, ale ona powoli odpływała.
- Cztery dni… - szepnęła tak, by chłopak mógł ją usłyszeć i zamknęła oczy, po czym zsunęła się po schodach.
_______________
HAHAHA JESTEM WREDNA LOL

sobota, 15 czerwca 2013

Rozdział XI

A więc wracam po dłuuuuuuuuuugiej przerwie z nowym rozdziałem.
Przepraszam za taką zwłokę, ale za dużo problemów nałożyło się naraz... No i pies...
ALE HOPE YOU ENJOY XD
_____________________________________


Nie ogarnęłam, gdy zdarłam z kalendarza ściennego kartkę z napisem ‘Niedziela’. Czas minął tak szybko. Rano wyszłam na uczelnię, a gdy wróciłam, była już 17.
Opadłam ciężko na fotel. Jak wytłumaczyć to wszystko Harry’emu? Wychodziło to już dawno poza możliwości normalnego rozumowania. Potarłam skronie, zawsze mi to pomagało, gdy się denerwowałam. Odetchnęłam głębiej i sięgnęłam do plecaka. Wyjęłam z niego telefon i zaczęłam przeskakiwać po kontaktach. Wybrałam numer do Louisa. Odebrał po czwartym sygnale.
- Halo, Helen, co się stało?
- Cześć. Miałeś być. Poniedziałek, kochany.
- Kurde. Za pół godziny będę w domu, okay? Przepraszam, zasiedziałem się trochę.
Skupiłam się na odgłosach w tle. Ktoś krzyczał. Usłyszałam czyjeś ‘Szefie’ i zastanowiłam się, co robi teraz Lou.
- Co ty do cholery robisz?
- Załatwiam swoje sprawy. – gwizd rozległ się w słuchawce i przeszył moje uszy. A zaraz potem wystrzał. Krzyk momentalnie ustał. Zaparło mi dech w piersiach.
- Louis…
- Słucham kochanie? – odpowiedział rozradowanym głosem.
- Co ty do cholery robisz?
- Nic. – odstawił słuchawkę od ucha i zaczął do kogoś mówić. – Za miasto. I żeby nie było jak ostatnio, że psy wytropiły, bo jaja wam z fiutem urwę. Zrozumiano?
- Louis! Wszystko do cholery słyszę!
Zaczął gwizdać prosto do telefonu.
- Ja też, uwierz mi.
- Wracaj do domu.
- Już się robi, księżniczko.
- Masz przejebane, czaisz?
Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na dywan. Odbił się trzy razy i upadł pod drugi fotel. Po chwili rozległ się dzwonek przychodzącego połączenia, ale zignorowałam go całkowicie. Rozciągnęłam się w moim siedzeniu i zaczęłam wspominać. Nie lubię przeszłości, jest zbyt bolesna, by o niej myśleć. Teraz jednak przypomniał mi się bardzo ciekawy moment mojego życia, który może mi pomóc w wytłumaczeniu Harry’emu, że musi mi uwierzyć.
***
- O, przyszłaś. Czy to znaczy, że…?
- Siedź cicho. – poprawiłam torbę na ramieniu. – Louis się zgubił po drodze, bo trampki mu się rozsznurowały, a potem dzika gonił  po lesie. Dziecko.
- Już jestem. – po chwili dotruchtał do nas Lou.
- Witaj.
- Siema, Harry.
Brat spojrzał się na mnie wyczekującym spojrzeniem. Spuściłam wzrok, a oczy wbiłam w jego trampki. Jego ulubione, miętowe trampki. Drugie.
- Jak tam decyzja?
- Pamiętasz, jak osądziłeś Tony’ego o to, że ukradł ci z szafki trampki po treningu, a potem je pociął i powiesił na drzewie przed pływalnią?
- Harry, trenowałeś…
- Zamknij się, teraz ja mówię. Pamiętasz, czy nie?
- Jasne, że pamiętam. – zacisnął zęby. – Chcesz ze mnie łzy wybudzić czy jak?
- No na pewno. A pamiętasz jak potem przywaliłeś Tony’emu w twarz tak, że miał śliwkę pod okiem?
- Tak.
- A pamiętasz, jak się okazało, że to nie był Tony, a Mike i sfingował to wszystko, bo chciał, żebyś się przestał kumplować z Tony’m?
- Jasne. To było dziwne. Ale… Co to ma do rzeczy..?
- Mamy podobną sytuację. To nie Louis zabił naszego tatę.
- Cooo? Przecież… Wszyscy dobrze wiedzą… Sam strzelał…
- Właśnie nie. On był wtedy z Karen na wakacjach. A mówi, że nikomu nie kazał. Ja mu wierzę.
- Nikomu nie kazał. Kurwa.
- Słucham?
- Wszyscy się dowiedzieli o tej śmierci ode mnie. Potem przyjechał Louis i wziął wszystko na siebie. Jeśli to nie on… Lub sobie wynalazł jakiegoś dupka i teraz nam kit wciska.
- Po co miałbym wam wciskać kit? – odezwał się Lou.
- Bo nie chcesz stracić mojej siostry. Myślisz, że nie widzę?
Louis przygryzł wargę i opuścił głowę. Zwątpiłam w tamtym momencie w prawdziwość jego wcześniejszych zapewnień.
- Nie okłamałbym nigdy osoby, którą naprawdę kocham. Zrozum to Harry. Może i jestem chamem bez serca, ale to serce gdzieś tam siedzi i czasem zabije.
- Zabije. – prychnął mój brat.
- Harry, ogarnij się, proszę.
- Dobra. Ale jak ja mam ci uwierzyć. Po tym wszystkim co nam zrobiłeś. Nie ogarniam mojej siostry, ale jest po prostu… zakochana. – ostatnie słowo wypluł jak najgorsze przekleństwo. – Zakochani ludzie są pojebani. Nie myślą racjonalnie, a gdyby ich nagrał i puścił jak się już odkochają… Mieliby niezłą bekę z samych siebie.
- Dobra, słowo, a zaraz mnie szlag strzeli.
- No to zamierzasz zrobić?
- Chcę, żebyście razem znaleźli mordercę ojca, tak? Proszę was, raz musicie się zgrać.
- Kolejny raz, wspólniku? – Louis się wyprostował i splótł ręce z tyłu.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Kurwa, Styles, bądź facetem, co?
- Słucham? – mój brat pochylił się w stronę Lou.
- Zachowujesz się jak pedał. – dźgnął go palcem w brzuch. – Twoja siostra jest bezpieczna, a ja mogę ci pomóc odegrać się na mordercy ojca. Idealna sytuacja, a ten skurczybyk się waha. No cholera by to wzięła…
- Nie jestem pedałem.
- Udowodnij.
Pięść wylądowała na twarzy Louisa, a z jego nosa poleciała krew. Chłopak zachwiał się na nogach, ale po chwili wrócił do pionu. Wytarł nos i chwycił Harry’ego za koszulkę, po czym podniósł go do góry. Wcisnęłam ręce pomiędzy nich i spróbowałam ich rozdzielić. Za trzecim razem udało mi się. Stali w odległości pięciu metrów od siebie i mierzyli się zabójczym wzrokiem.
- Przedszkolaki.
- No chyba ty! – zakrzyknęli obaj jednocześnie. Po chwili zaczęli się śmiać. Podeszli do siebie i podali sobie ręce.
- Wspólnicy! – znowu krzyknęli jednocześnie, a ja stałam i nie wiedziałam, co się właśnie dzieje na moich oczach.
Rozgrywka się dopiero rozpoczęła.