poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział XIV "Ogórki, mleko, wódka i kokaina"

Uwaga!
Nazwa rozdziału nie jest z dupy wzięta. Zaczynamy ostrą jazdę bez trzymanki w moim wykonaniu :3
P.S. Z wielką dedykacją dla wszystkich, co czytają, a w szczególności Muserów, którzy przez czysty przypadek (tak, jestem przypadkiem) trafili na opowiadanie o One Direction. Much love! xx (bym to napisała po polsku, ale po angielsku lepiej brzmi XD)
_____________________

- Dwa dni, kochanie!
Louis podszedł do okna i rozsunął zasłony. Leniwie uniosłam powiekę i spojrzałam się z wyrzutem na zadowolonego, ubranego już chłopaka.
- Która godzina?
Rzuciłam okiem na budzik, który stał na szafce nocnej. Dopiero dochodziła ósma.
- Czego ode mnie chcesz o tej diabelskiej porze?
- Diabelska pora była dokładnie 4 godziny i 56 minut temu. Nie przesadzaj, czas wstawać. Czekam na dole w kuchni!
Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i powolne, głuche uderzenia stopami o deski na schodach. Zamknęłam oczy i próbowałam znowu zapaść w sen, chociaż na dziesięć minut, ale promienie słońca wkradające się do pokoju pokrzyżowały moje plany. Opuściłam nogi na podłogę i wymacałam stopami kapcie. Założyłam je i przetarłam oczy. Po pokoju latały drobinki kurzu, więc postanowiłam, że dzisiaj posprzątam. Podeszłam do okna i je otworzyłam na oścież. Na dworzu było ciepło i przyjemnie. Idealny dzień na rodzinny wypad za miasto.
O czym ja gadam.
Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej bluzkę oraz krótkie spodenki. W szufladzie znalazłam bieliznę i z naręczem ciuchów poszłam do łazienki. Ubrałam się i zeszłam na dół. Louis trzaskał szafkami w kuchni. Najwyraźniej czegoś szukał.
- Co robisz?
- Czekaj, czekaj.
Nie przerwał nawet na sekundę wykonywanej czynności i cały czas przeszukiwał półki.
- Pogrzało Cię?
- Mam!
W jego ręce pojawił się słoik ogórków kiszonych. Odwrócił się do mnie z uśmiechem.
- Dzień dobry, kochanie. Jak się spało?
- Po co Ci ogórki?
- Śniadanie robię, nie widać?
Spojrzałam się w lewo i zauważyłam, że na blacie leży pokrojony chleb, masło i wędlina. Usiadłam przy stole kuchennym i obserwowałam jak chłopak zwinnym ruchami robi kanapki i kładzie je na talerzu. Po chwili podniósł naczynie i postawił je przede mną.
- Oczywiście ty to ze mną zjesz, co..?
Nie odpowiedział mi, tylko odwrócił się w stronę lodówki i wyjął z niej karton z mlekiem. Nalał do dwóch szklanek i postawił na blacie.
- Hmmm. Ogórki, mleko… Wiesz, że się to dobrze nie skończy?
- Jak nie chcesz to nie pij, mój wujek jakoś całe życie pił mleko i zagryzał ogórkami kiszonymi i jakoś dożył tych dziewięćdziesięciu lat.
- Rób jak chcesz, ostrzeee…
Nie zdążyłam dokończyć, a Louis pochłonął już kubek nabiału. Pokręciłam głową z dezaprobatą i schyliłam oczy, by nie patrzeć, jak wypija i mój. Wziął moje naczynie, opłukał je wodą i nalał do niego soku pomarańczowego.
- Kto co lubi.
Zjadłam dwie kanapki i usłyszałam dźwięk odsuwanego krzesła. Chłopak podszedł do mnie i złapał mnie niezbyt mocno za nadgarstek, po czym przyciągnął mnie do siebie. Położył moją dłoń na swoim biodrze, a drugą ujął w swoją rękę i zaczął się delikatnie bujać.
- Coś mi się należy za to śniadanie. – po tych słowach pocałował mnie w usta i poprowadził nas w stronę salonu. Kołysaliśmy się powoli, a po chwili położyłam głowę na jego ramieniu. On pocałował mnie we włosy. Wyjęłam swoją dłoń z jego i położyłam mu na szyi. On swoją ręką zaczął delikatnie dotykać moich pleców, by po chwili podjechać nią trochę wyżej i dotknąć zapięcia mojego stanika. Jedną ręką próbował je rozpiąć, a w tym czasie ja wpiłam się w jego usta i palcami przeczesywałam jego włosy. Popchnęłam go w stronę ściany, a gdy się o nią oparł chciał sobie pomóc drugą ręką.
- A bluzka? Jak masz zamiar go zdjąć bez zdejmowania bluzki?
W odpowiedzi przejechał językiem po mojej dolnej wardze i zdjął ze mnie górną część odzieży. Powtórzyłam jego ruch i po chwili oboje byliśmy prawie nadzy od pasa w górę. Palcem jeździłam po wytatuowanym napisie na jego piersi, a on całował mnie po włosach. Po chwili wsadził swoje palce za pasek od moich spodni i zaczął je ściągać. Zbliżył swoje pełne usta do mojego ucha.
- Pardon, jaśnie pani. – wyszeptał i uwolnił się z moich objęć. Złapał swój T-shirt z podłogi i szybkim krokiem poszedł w kierunku toalety. Nałożył ciuch na siebie, a ja podążyłam za nim i również włożyłam koszulkę przez głowę. Podeszłam do drzwi łazienki.
- Jedno wiem – dom może i tak, ale twardego żołądka to ty po wujku nie odziedziczyłeś.
***
- Daj se siana.
Louis siedział na kanapie z termoforem na brzuchu, a ja właśnie wstawiałam wodę na miętę.
- Tobie trzeba dać siana, suszona mięta ci pomoże.
Wyjęłam z szafki kubek i wrzuciłam do niego saszetkę. Usłyszałam, jak chłopak wstaje z sofy i odkłada worek na bok. Podszedł do barku i wyjął z niego butelkę wódki.
- Będzie gorzej, Louis, odłóż grzecznie. W zęby chcesz?
- Oj no… Oj no… Nie będzie gorzej, trochę to moje ociemnienie stłumię.
- Rób jak chcesz, ja cię ostrzegałam.
Wyjął kieliszek i postawił na półce. Po chwili wypełnił go przezroczystym płynem i wypił na raz. Potem powtórzył czynność jeszcze dwukrotnie. Oparłam się dłońmi o blat i spoglądałam na chłopaka.
- Pożałujesz.
- Oj ta…
Nie zdążył dokończyć, a już z zatkanymi dłonią ustami biegł do łazienki.
- Tylko celuj dobrze!
***
- Bóg mnie pokarał.
- Sam się idioto pokarałeś, ostrzegałam cię.
Wyjęłam z lodówki worek z lodem i położyłam na jego czole. Siedział w fotelu i narzekał już jakąś godzinę. Usiadłam naprzeciwko niego i czekałam, kiedy jego jęki ucichną. Nagle rozległ się dzwonek jego telefonu. Zaczął grzebać sobie w kieszeni w poszukiwaniu aparatu. Przyjrzałam się mu z zaciekawieniem, gdy cicho zaklnął pod nosem i odebrał.
- Słucham? Tak, przy telefonie. Ej!
Nagle Louis zbladł i telefon omal nie wysunął mu się z ręki.
- Co się stało?
- Chcą nas udupić.
Rzucił woreczek z lodem na podłogę i podbiegł do okna. W paru susach znalazł się przy drzwiach. Otworzył je. Nie widziałam niczego, oprócz klęczącego Louisa. Wyprostował się, odsunął mnie ręką i zaklął pod nosem. Przeszedł w kierunku szafki na buty. Odwróciłam się w jego kierunku, a on już zakładał na dłonie lateksowe jednorazowe rękawiczki. Ostrożnie podniósł woreczek z żółtawym proszkiem i znowu przeklinając otworzył go, wsadził palec do środka, włożył sobie do ust i zlizał trochę pyłku.
- Co jest?
- Ktoś chce nas ujebać, tu masz kokainę, taką najczystszą. – język mu się trochę plątał, ale szybko zamknął opakowanie. – Musimy to schować, ktoś dzwonił po policję.
- I tak ktoś zadzwonił do ciebie i powiedział…?
- Nie powiedział o kokainie, była pod wycieraczką. Przyjadą z psem znając życie, a on by się od razu kapnął. Chujoza ciemna. Teraz muszę się tego pozbyć nie ruszając się z domu… Weź drugie rękawiczki, leżą w moich czarnych butach, tych z lewej.
Podeszłam do szafki i ją otworzyłam. Drżącymi rękami wyjęłam rękawiczki z butów (swoją drogą, ciekawa kryjówka, byłam ciekawa, czemu akurat tam) i założyłam je. Poszłam na tył domu, gdzie wcześniej udał się Louis.
- Trzymaj. – w moją dłoń wepchnął woreczek, a sam udał się do składzika. Wyjął z niego łopatę. Rozejrzał się po ogrodzie i zaczął kopać dołek niedaleko drzewa. Potem wziął ode mnie foliowe opakowanie i wrzucił je do dołka, po czym wsadził tam nasze rękawiczki. Wrócił się do schowka i stamtąd wyjął nawóz w płynie i w proszku. Podszedł do drzewa i oblał je dookoła po czym posypał proszkiem.
- Po co?
- Zapach jeszcze bardziej przytłumimy, teraz jest jakaś jedna tysięczna szans, że znajdzie. Potem to spalę jak należy. Nie tak jak myślisz.
Poddenerwowani weszliśmy z powrotem do domu. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
- Kurwa, idź do salonu i ani się spróbuj ruszyć.
Poszedł do drzwi wejściowych, a ja zgodnie z poleceniem usiadłam na fotelu w dużym pokoju i zaczęłam przeglądać jakąś motoryzacyjną gazetę, którą po śniadaniu czytał Louis.
- Dzień dobry, komisarz Gretchen. Dostaliśmy informację, że u pana mogą się znajdować narkotyki, można byłoby?
Przez chwilę nie usłyszałam odpowiedzi.
- Witam. Zapraszam.
Usłyszałam skrobanie pazurami o podłogę w holu. Pies. Czyli to nie był pierwszy raz Louisa. Przywitałam się z policjantem, który chodził z psem po całym domu. Gdy zeszli z piętra i przeszli do ogrodu, moje serce na chwilę się zatrzymało. Po dłuższej chwili jednak wyszli.
- No cóż, przepraszam pana za zamieszanie, mam nadzieję że nie będziemy się widzieć następnym razem.
- Taa, radziłbym państwu lepiej sprawdzać informacje – przy ostatnim słowie zakreślił cudzysłów w powietrzu – bo jest tu pan piąty raz i nic nie ma. Czysty jestem, panie władzo.
- Urgh. Do widzenia i miłego wieczoru.
- Dziękuję, nawzajem.
Usłyszałam pyknięcie oznaczające zamykanie drzwi. Louis powoli przeszedł do salonu i potarł sobie czoło. Podszedł do stolika na kawę i podniósł z niego telefon, który po chwili wylądował z głuchym łoskotem na ścianie. Zaklnął głośno po raz setny tego dnia i szybko wbiegł na górę. Byłam zdezorientowana. Wstałam z fotela i udałam się na górę.

wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział XIII

Znowu muszę przepraszać. A więc przepraszam, że tak długo musieliście czekać, następny obiecuję, że będzie szybciej :)
Miłego czytania! + Proszę o komentarze, serio, to dodaje "pałera" XD
__________________________________

- Helen! Obudź się proszę! 
Poruszyłam oczami nie otworzywszy powiek. Usłyszałam, że ktoś nade mną wstrzymał oddech. Poruszył moją ręką i przyciągnął ją do siebie. Zaczął normalnie oddychać. Kciukiem przejechał po moich brwiach i pocałował w czoło. Uniosłam powieki i zobaczyłam trochę zmieszanego Louisa. Wypuścił z płuc dużą ilość powietrza.
- Co...
- Zemdlałaś.
Złapałam się za głowę i spróbowałam wstać, niestety bez powodzenia. Opadłam na poduszkę. Usłyszałam cichy chichot chłopaka, ale po chwili ustał, gdyż zmroziłam go spojrzeniem.
- To chwilowa niedyspozycja, jak wstanę, to cię dorwę.
- Haha, a teraz mi powiedz o co ci chodziło przed tym, jak zemdlałaś.
- Co?
Podniosłam brwi i rzuciłam mu zdezorientowany wzrok.
- Tuż przed tym, jak straciłaś przytomność, powiedziałaś "cztery dni" tylko nie mam pojęcia, do czego to się odnosiło.
- A skąd ja mam wiedzieć?
- Z twoich ust to wyszło, mam nadzieję, że wiesz, co mówisz...
- Akurat nie tym razem.
- Urgh. Ale jak to...
- Nie pamiętam niczego, tak? Nic, zero, pustka, ja coś mówiłam?
Uniosłam wyprostowane ręce do góry i opuściłam je z impetem.
- Pokaż coś. - Louis przyłożył dłoń do mojego czoła. - Nie.
- Sugerujesz, że majaczę z gorączki?
- Maybe baby.
- Zabiję!
Przesunęłam się w drugi kraniec kanapy i z niej wyskoczyłam. Zachwiałam się, ale już po chwili odzyskałam normalną równowagę.
- Nie majaczę, jestem zdrowa. To ty próbujesz mi wmówić coś, czego nie było!
- Żałuję, że nie mam monitoringu pod domem.
- Aż tak jesteś pewny?
Kiwnął potakująco głową.
- Kolejna zagadka "co Helena ma na myśli?". - Louis westchnął ciężko i poklepał się po kolanach - Trzeba ją rozwiązać ją w przeciągu czterech dni, boję się, co wtedy może się wydarzyć.
***
- Nie wierzę.
Westchnęłam ciężko i zawiesiłam wzrok na ramieniu Louisa. Opierał się o ścianę przed drzwiami do mieszkania, a tabliczka na nich głosiła ‘Hipnotyzer – Ashton Longan’.
- Mogę Cię zabić teraz czy za 10 minut?
Podwinął delikatnie rękaw i rzucił okiem na tarczę zegarka.
- Za 10 minut Ash już powinien być, nie wiem, czy sobie beze mnie poradzisz. – obciągnął rękaw, po czym skierował spojrzenie na mnie – Wiesz, jak cię tam zahipnotyzuje, to jesteś bezradna…
- Louis.
- Prawdę mówię, no czego chcesz?
Usłyszeliśmy czyjeś kroki na schodach. Obróciłam się i stanęłam koło Louisa. Mężczyzna, który skakał po stopniach jak mały jelonek przystanął na sekundę i zaczął grzebać w torbie listonoszce, którą miał przerzuconą przez ramię. Po chwili wyjął z niej pęk kluczy i podszedł do nas.
- Cześć, bracie. – wyciągnął rękę do Lou i uścisnęli je przyjaźnie. Po chwili zwrócił się w moją stronę i posłał mi uśmiech. – Jestem Ashton.
- Helen. - odwzajemniłam gest.
Pobrzękał metalem i w końcu wsadził odpowiedni klucz do dziurki, przekręcił i popchnął drzwi.
- Zapraszam, pokój z brązowymi drzwiami na lewo. Ja pójdę herbatę zaparzyć.
Louis szerzej uchylił drzwi, a pomiędzy jego nogami przemknął się brązowo-czarny kocur.
- FREDDIE! Wracaj tu zmoro jedna! – Ashton wychylił się z kuchni z czajnikiem w ręku. Mężczyzna stojący przede mną odwrócił się i poszedł w ślad za zwierzęciem. Złapał go i uniósł do góry.  Mrugnął do mnie porozumiewawczo i uśmiechnął się do kota.
- No idź, nie bój się, ja trzymam tą bestię.
Usłyszałam ciche mruknięcie i kot zamachnął się na lekko nieogoloną twarz Louisa. Ten jednak uchylił się przed ciosem. Ruszyłam w stronę ciężkich drzwi i je uchyliłam. W pokoju panował lekki zaduch. Wyminął mnie brunet z kotem i posadził go na kozetce. W pomieszczeniu stały dwa fotele i jedną leżankę, niewielkie biurko a przy nim obrotowe skórzane krzesło. Zwierzak zeskoczył na podłogę i usadowił się koło fotela. Louis uchylił okno i pokazał mi, żebym usiadła. Ashton wszedł do środka i podał kumplowi herbatę.
- Helen, połóż się i odchyl, a Ty Lou siadaj tu. Dobra. – opadł na fotel, a nogi ułożył po turecku. Pociągnął dużego łyka z kubka i nieruchomo spojrzał się w ścianę.
Jakby złapał laga życiowego. Zaczął mnie przerażać.
***
- Dobrze, a więc. – mężczyzna w okularach, siedzący na obitym skórą fotelu odłożył swój kubek obok kota, który spał niedaleko jego nóg. Przed chwilą wytłumaczył kobiecie, o co chodzi w hipnozie i co ma zamiar zrobić. – Powiedz mi coś o sobie.
- Jestem Helen. – głos dziewczyny leżącej na kozetce zawisł w powietrzu. Widać było, że okularnik oczekiwał czegoś więcej.
- Kontynuuj proszę.
- Mam 23 lata.
- Dalej?
- Mój ojciec został zabity, brat siedzi w dilerstwie po uszy, matka jest na skraju załamania nerwowego, a ja umawiam się z gangsterem.
- A może coś bardziej o tobie?
- Lubię czekoladę. Ale nie jem jej zbyt często, bo boję się, że przytyję.
***
- Okay, może powiedz mi, co się wydarzy za… trzy dni?
Ashton spojrzał na kalendarz, który był zawieszony na przeciwległej ścianie. Za trzy dni miały być urodziny jego dziewczyny. Spojrzał się na leżącą Helen.
- On się ujawni.
Głos miała jakby z zaświatów. Louis nerwowo poruszył się w fotelu, a Ash uciszył go gestem ręki. I tak zrobił dużo, bo pozwolił siedzieć w tym pokoju, więc teraz niech nie przeszkadza.
- On?
- Tak. I znowu będzie zabijał.
Mężczyzna w okularach odchylił się i ciężko odetchnął.
- Skąd to wiesz?
- Mam problem z wytłumaczeniem tego. Skądś się pojawiła ta myśl, waszym zadaniem jest tylko iść za wskazówkami, bo inaczej to źle się skończy.
- Czy ‘on’ zabił twojego ojca?
- Tak mi się zdaje. Tak, to był on.
***
- Moja dziewczyna… Helena. Ma. Dar… Przewidywania przyszłości? Co ty ćpałeś, brachu?
- Zielona herbata, Lindsay wczoraj kupiła, okay? Tak serio, takie przypadki jeszcze się zdarzają. Jasnowidze istnieją, przyjmij to do wiadomości.
- Haha, słyszałem to parę razy.
- I że niby ja mogę przepowiadać przyszłość?
- Tak. Ale już swoje przepowiednie możesz mówić pod… Naciskiem? Tak, chyba tak to można nazwać. To na pewno nie było twoje pierwsze doświadczenie, pamiętasz coś jeszcze?
- Hmmm. – zaczęłam sięgać pamięcią do najwcześniejszych lat mojego życia. – Było. Raz przy śniadaniu byłam taka nieobecna, mama tak mówiła potem. Powiedziałam wtedy, że mój zdrowy dziadek umrze w przeciągu dwóch tygodni. Tak znikąd to nagle we mnie się pojawiło. Wszystkich wtedy zatkało, ale dwa i pół tygodnia później byliśmy na pogrzebie. Rodzice stwierdzili, że… To był przypadek. Pominęli to.
- Czyli przewidujesz śmierć. Louis, umawiasz się z ‘aniołem śmierci’. Na twoim miejscu słuchałbym jej uważnie… I trochę się bał. Nigdy nie wiadomo, co ciekawego się wydarzy.
***
- Louis.
Chłopak wyminął mnie i poszedł do salonu. Chciał usiąść na fotelu, ale zawahał się i cofnął do kuchni. Stanęłam obok lodówki, ale on lekko odepchnął mnie dłonią i wyjął schłodzone piwo. Zdjął buty i położył je koło zmywarki.
- Nie będę za tobą nosić butów.
Nie odzywał się do mnie nadal. Podeszłam do niego od tyłu i ramionami objęłam jego szyję. Dłonią dotknął mojej skóry.
- Dobrze. Zaraz sprzątnę.
Z szpary pomiędzy poduszką a oparciem wyjął otwieracz do szklanych butelek. Po chwili kapsel odskoczył.
- Boję się tylko… O ciebie. Chodź tu do mnie, co? – pokazał ręką na swoje kolano. Podeszłam i usiadłam na nim. Przytulił mnie mocno do siebie, przez sekundę zabrakło mi tchu. – Nie chcę, by cokolwiek złego się stało mojej księżniczce, a jeśli to prawda… Duża odpowiedzialność…
- Jestem dorosła, rozumiesz? Nie musisz mnie przed wszystkim bronić.
- Jakby to była prawda, byłbym przeszczęśliwy. – pocałował mnie w policzek i odgarnął moje włosy, które weszły mu w oczy. Zatopiliśmy się w swoich spojrzeniach i poczułam, że to właśnie tu jest moje miejsce. Na tym fotelu z mężczyzną mojego życia, nieważne, jakie przeciwności mają nas spotkać.