niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział XV

- Kochanie, pomóż mi.
Spojrzałam się na wchodzącego do salonu Louisa. Niezawiązany krawat zwisał na jego szyi.
- Kto ci wcześniej wiązał krawaty, co?
Podniosłam się z kanapy i podeszłam do niego, po czym poklepałam po klapach garnituru.
- Sam, ale że dawno tego nie robiłem to zapomniałem. 
- Nie jestem facetem, a umiem wiązać krawat, co ze mną jest nie tak?
- Jesteś wyjątkowa.
Spojrzałam się na niego spod oka.
- Taaa... Dziękuję. Gotowy jesteś?
- Buty muszę założyć, nie martw się, nie zapomniałem jak się wiąże sznurówki. 
***
Źle się czułam w gronie nieznanych mi osób. Znajomi, krewni i przyjaciele Trevora tłumnie przybyli na jego pogrzeb. Z tego grona kojarzyłam ledwo trzy osoby. Mojego brata, Parkera i Toma. Zaczęłam się zastanawiać jak Parker ma na imię, ale uświadomiłam sobie, że tutaj prawie wszyscy mówią do siebie po nazwisku i imiona nie liczą się zbytnio. Przestałam się przejmować i rozejrzałam się po świątyni. Przez witraż wpadały smugi światła, które wypełniały powietrze i rzucały kolorową poświatę na stare, drewniane ławki, które skrzypiały przy co drugim oddechu. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie. Po chwili na środek wyszedł pastor i wygłosił poruszającą mowę na temat zmarłego. W jego głosie pobrzmiewał fałsz. Także po minie Louisa mogłam się zorientować, że jeśli pastor nie kłamie, to dobrze nagina prawdę. Gdy duchowny skończył mówić, mężczyzna poderwał się z miejsca i podszedł do mównicy. Poprawił mikrofon i głęboko odetchnął. 
- Mój ojciec nie był tak idealny jak przedstawił go pastor. 
       Urwał i pomasował skronie. Podniósł oczy i spojrzał się na dębową trumnę, którą ledwo było widać spod kwiatów. Harry ścisnął mój nadgarstek.
- Nie pił, nie znęcał się nade mną czy moją świętej pamięci mamą. Ciężko pracował, był uczciwy itepe. Jednak nigdy nie zaznałem u niego takiej... Ojcowskiej dobroci? Nigdy nie przytulił mnie, może ze dwa razy gdy jeszcze nie umiałem siedzieć. Nauczył mnie dużo rzeczy, za które Ci tato dziękuję, ale dużo zostało niedopowiedziane i tego nie nadrobimy. Przez rok... Nie nadrobisz prawie trzydziestu lat. 
        Oczy mu się zaczerwieniły, ale zaraz je przetarł. Po raz kolejny był tym bezbronnym, małym dzieckiem, które potrzebowało miłości i opieki.
Której nie dostał. Którą dawała mu tylko matka. Którą utracił parę lat temu. Którą myślał, że dostanie u Karen. Której nigdy od niej nie otrzymał.
- Wcale... Było nam dobrze. Było dobrze tak, jak było. Nie zmieniłbym nic. Zapamiętam Cię tato, jako tego faceta, który w każdą niedzielę zrywał mnie o czwartej rano, by godzinę później moczyć wędkę w oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów jeziorze. Jako tego faceta, który nauczył mnie wiązać krawat w trzeciej klasie, gdy miałem nieść sztandar, a mama miała złamaną rękę. Zapamiętam tylko te dobre wspomnienia. Dlaczego? Bo wiem, że Ty tak chciałeś. I jedyne, co mogę teraz zrobić to Ci przebaczyć. I Ciebie proszę, byś mi wybaczył, nieważne, gdzie teraz jesteś.
     W świątyni ktoś zaczął pociągać nosem, a po chwili trzy razy kichnął. Louis oderwał wzrok od trumny i przebiegł wzrokiem po tłumie. Zdawało mi się, że na jednej osobie zatrzymał się dłużej, ale stwierdziłam, że to tylko z powodu znalezienia osoby, która się wzruszyła.
- Byłem dla Ciebie oschły, ale nie potrafię inaczej się zachowywać. Nie nauczyłeś mnie tego. O tym zapomniałeś. Gdybym miał syna, nie wiem czy będzie miał ze mną dobrze. Będę starał się jak najlepiej, ale... Nie mam na kim się wzorować. Przepraszam, ale nie byłeś ani nie jesteś moim wzorcem idealnego ojca.
     Podszedł do trumny i pocałował ją, po czym usiadł obok mnie.
Mówił nieskładnie, ale szczerze i to się liczyło. Nieważne, czy ktoś go zrozumiał. Najważniejsze, że Trevor go usłyszał. 
***
Przeszłam przez pomost i doszłam do mężczyzny siedzącego w garniturze. Nie przebrał się po uroczystości. Usiadłam obok niego i patrzyłam, jak wypija łyk z butelki.
- Źle odbywam żałobę i dobrze o tym wiem. Źle się zachowywałem przed jego śmiercią. Czasu jednak nie cofnę, a jakby nawet, nie zmieniłbym nic.
W zamyśleniu patrzył na spokojną taflę jeziora. Wieczór był wyjątkowo ciepły. 
- Bo ja już raz przeżyłem tą żałobę. - w jego głosie pojawiło się drżenie - Mam dość takiego... Smutku. Ciągłego... Nie jest mi smutno po jego śmierci, bo mój tata nie żyje już cztery lata. Wszyscy go teraz będą wychwalać, a ja nie. Bo mnie matka nauczyła być prawdomównym.
- Wiesz dlaczego ludzie tak uwielbiają zmarłych? 
- Ciągle mnie to zastanawia. - wypił trochę piwa i odstawił obok siebie butelkę. Oparł się z tyłu na otwartych dłoniach. 
- Martwi już w niczym im nie mogą przeszkodzić. Nie mogą mówić, więc nie powiedzą swojego zdania, często sprzecznego z opinią ogółu.
- Może masz i rację, jednak ja dalej wiem, że zachowuję się dziwnie. 
- Jak dla mnie, po prostu w swój sposób to wszystko przeżywasz. Ale co ja tam wiem, podaj piwo, co?
Ręka Louisa powędrowała w kierunku krańca deski, na której zauważyłam plastikową siatkę. Wyjął z reklamówki butelkę i otworzył ją. Podał mi i zaczął się śmiać. 
- Za to cię kocham. Kto normalny w takim momencie zamiast przepędzić mnie do domu i kazać odmawiać zdrowaśki za duszę mojego taty, usiadłby koło mnie i wypił ze mną piwo? 
- Sugerujesz, że nie jestem normalna?
- W żadnym stopniu nie jesteś normalna.
- Aha.
Strzeliłam brwiami i wypiłam duży łyk. 
- W dobrym tego słowa znaczeniu. 
Objął mnie ramieniem i pocałował we włosy. 
- Za pamięć Twojego ojca.
- Za pamięć mojego ojca.
Podnieśliśmy butelki i stuknęliśmy szyjkami. 
- Teraz wypad do domu klepać zdrowaśki. 
- Wiesz o co pokłóciłem się z ojcem? 
- Kiedy? 
- Tuż przed jego... Jego... Odejściem? 
- Nie mam pojęcia. - przekrzywiłam głowę i czekałam na odpowiedź. Jednak on nie śpieszył się nigdzie, powoli wypijał kolejne łyki piwa. - Heej? Doczekam się? 
- Stwierdził, że żadna dziewczyna mnie nigdy nie zechce poślubić, bo jestem takim tępym chujem. A zwłaszcza Ty.
Zamilknął i w skupieniu wpatrywał się w zachodzące słońce. Wtedy poznałam powód jego pytania o moją rękę. 
- Ale... Ty chcesz? Czy chciałeś się tylko przekonać?
- Ja bym nie chciał? Zgłupiałaś. Ślub z Tobą... Najlepszy dzień w moim życiu. 
- Dobra, przestań rozmyślać. Zrobiłam kolację, a Jozzy coraz bardziej się niecierpliwi, poza tym głupio musi jej być samej w cudzym domu, czyż nie?
Mężczyzna poderwał się i zdjął reklamówkę z deski, po czym złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę domu. Weszliśmy przez drzwi ogrodowe do salonu. 
- Gołąbeczki, gołąbeczki. A o mnie zapomnieliście, co? 
- Skądże mógłbym zapomnieć o mojej siostrze! 
Wyjęłam dłoń z jego i poszłam do kuchni, by przy pomocy Josephine nałożyć na trzy talerze zapiekankę makaronową.
Zachowywałyśmy się jakbyśmy znały się od urodzenia, ale tak naprawdę nasza znajomość trwała mniej niż 24 godziny.

- Przepraszam, Ty jesteś Louis?
Na dźwięk swojego imienia gwałtownie się odwrócił. Przez chwilę mierzył wzrokiem niską dziewczynę. 
- Tak, a czego potrzebujesz? 
- Josephine Tomlinson. Witaj braciszku.
- Ty... Skąd wiedziałaś o pogrzebie? 
- Takie rzeczy szybko się rozchodzą.  
Na twarzy Louisa pojawiło się wiele emocji jednocześnie. Od zakłopotania po radość. 
- Słucham? Co się dzieje? 
Helen wyjrzała zza mężczyzny i dostrzegła pulchną dziewczynę, która na twarzy miała uśmiech. 
- Jestem Josephine. Nazwisko jak twój... Chłopak? - spojrzała się z niepewnością na brata, a on jej przytaknął. - Dokładnie. 
- Czekaj, czemu mi znowu o niczym nie powiedziałeś? - mężczyzna przeciągle zagwizdał. Helen dała mu kuksańca w żebra. - Świątynia pacanie.
- Jak miałam 18 lat to wyjechałam na studia do Francji. Chciałam studiować po francusku, by podszkolić język i inne takie pierdoły. Tak jakoś się trafiło, że to było siedem lat temu, a od tych siedmiu lat nie miałam kontaktu z rodziną. 
- Wywalili ją z domu. 
- Tsaaa. Bo nie chciałam iść na Cambridge, co było - zakreśliła cudzysłów w powietrzu – tradycją rodzinną. 
- Ale szczerze Cię nie poznałem. 
- Zmieniłam kolor włosów, zakładam kolorowe soczewki, inaczej się ubieram... Czyż nie? 
- Czyż tak.
- Czemu Cię nie było w szpitalu? 
- Przychodziłam w soboty.
- Ach, a gdzie pracujesz?
- Mam ciekawą pracę, jestem architektem wnętrz. Tak naprawdę przez większość czasu jestem w domu i mogłam wpadać częściej, ale cóż, gdy mnie wyrzucał z domu nie liczyło się dla niego to, że jestem chora. 
Louis cofnął się parę kroków. 
- Na co chorowałaś?
- Miałam guza w mózgu. Louis... Pomagał mi. Urwał kasę na operację z kosmosu, gdy choroba była jeszcze w uleczalnym stadium. 
Helen spojrzała się na mężczyznę, który oddychał coraz głębiej. Był pewny, że dziewczyna wiedziała już dlaczego wszedł do tego półświatka i wiedziała, że jeśli ktokolwiek by się o tym dowiedział, to jego reputacja jest nadszarpnięta i to poważnie. 
- Gdzie teraz mieszkasz? 
- Zatrzymałam się w hotelu, wieczorem miałam wylatywać.... Ale chyba zarezerwuję jeszcze jedną noc i jutro spędzę dzień z wami, co wy na to?
- Wsiadaj do samochodu. Zabierzemy twoje rzeczy do naszego domu.
Rzucił ostatnie spojrzenie na nowo usypany grób. Po chwili skierował się w stronę głównej bramy cmentarza.